Lipiec 1997


ASCII
Spis treści
Redakcja

V Pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II do Ojczyzny

8 czerwca 1997 r. - Kraków - Kolegiata św. Anny
Spotkanie z przedstawicielami nauki i kultury

„... długo dziękowaliśmy niemilknącymi brawami..." - wspomina rektor AMG

Na zaproszenie metropolity krakowskiego kardynała Franciszka Macharskiego, rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, rektora Papieskiej Akademii Teologicznej wziąłem udział w spotkaniu przedstawicieli nauki i kultury z Ojcem Świętym, Papieżem Janem Pawłem II w niedzielę 8 czerwca 1997 roku w Krakowie. W spotkaniu z okazji 600-lecia Wydziału Teologicznego, poza zaproszonymi gośćmi i członkami rządu oraz władz miasta Krakowa, udział wzięli również rektorzy wszystkich uczelni wyższych kraju oraz senaty Uniwersytetu Jagiellońskiego i Papieskiej Akademii Teologicznej. Wśród zaproszonych gości obecni byli: Czesław Miłosz, marszałek Sejmu RP Józef Zych z małżonką, przewodniczący Komitetu Badań Naukowych Aleksander Łuczak i wielu innych. Zaszczyt uczestniczenia w tym spotkaniu przypadł i mnie. W nocy, po przyjeździe do Krakowa, w zatłoczonym, pełnym pielgrzymów mieście, zakwaterowanie otrzymałem w Bursie Uniwersytetu Jagiellońskiego im. St. Pigonia przy ul. Grabarskiej, bardzo blisko budynków Uniwersytetu, co umożliwiało pokonanie tego dystansu pieszo, przy zatłoczonych i zamkniętych dla ruchu kołowego ulicach. Około godziny 14.00 dotarłem do miejsca zbiórki wszystkich uczestników spotkania, do Kolegium Nowodworskiego (Collegium Medicum przy ul. św. Anny), gdzie ubrani w togi rektorskie około godziny 16.00 przeszliśmy na drugą stronę ulicy do kolegiaty św. Anny. Tu zajęliśmy miejsca w ławach i oczekiwaliśmy w podniosłym nastroju na przybycie Ojca Świętego słuchając koncertu organowego. Na pamiątkę spotkania otrzymaliśmy piękne wydanie książkowe pt. „Wydział Teologiczny w Krakowie 1397-1997". Po dwugodzinnym oczekiwaniu pojawił się Ojciec Święty w asyście Prymasa Polski kardynała Józefa Glempa, kardynała Franciszka Macharskiego, proboszcza kolegiaty i wielu innych duchownych. Wszyscy wstaliśmy z miejsc przyjmując brawami przybyłego na spotkanie Ojca Świętego. Papież idąc w kierunku ołtarza witał się z każdym z nas. Miałem okazję zamienić parę słów w czasie powitania z Ojcem Świętym, przypomniałem o swojej niedawnej, bo przed rokiem, wizycie w Rzymie, gdzie wówczas przyjmował nas, polskich rektorów na audiencji w Sali Konsystorskiej. Zapytałem również o plany przybycia do naszego, obchodzącego swoje milenium, Gdańska. W odpowiedzi usłyszałem o projektowanej wizycie Papieża w Gdańsku w przyszłym roku. Przemówienie powitalne wygłosili: rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Aleksander Koj i ksiądz prof. Adam Kubiś, rektor Papieskiej Akademii Teologicznej. Po powitaniu, w skupieniu i z wielką uwagą wysłuchaliśmy homilii, przesłania Ojca Świętego. Stojąc, długo dziękowaliśmy niemilknącymi brawami. Żegnając się z nami Ojciec Święty przeszedł z kolegiaty do Collegium Maius na spotkanie z władzami Uniwersytetu Jagiellońskiego i Papieskiej Akademii Teologicznej. W poniedziałek rano, 9 czerwca, wraz z żoną, na zaproszenie prof. Antoniego Dziatkowiaka, kierownika Kliniki Kardiochirurgii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego wzięliśmy udział w uroczystościach poświęcenia przez Ojca Świętego nowego, swego imienia, budynku Kliniki Kardiochirurgii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ojciec Święty w czasie ceremonii poświęcenia wygłosił przemówienie, w którym zwrócił się do wszystkich pracowników służby zdrowia w Polsce, wysłuchaliśmy je w ciszy, z nieukrywanym wzruszeniem. Po ceremonii poświęcenia zwiedziliśmy ten nowoczesny, nowy obiekt kliniczny. I tak dni uczestnictwa w podniosłych uroczystościach wizyty papieskiej pełne refleksji, przemyśleń, wzruszeń, niepowtarzalnych wrażeń i przeżyć dobiegły końca.

prof. Zdzisław Wajda
Rektor

„Powołaniem każdej Alma Mater jest służba prawdzie" - z przemówienia Jana Pawła II

  1. Nil est in homine bona mente melius. Dziś, gdy uroczyście świętujemy 600-lecie założenia Wydziału Teologicznego i fundacji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, ta inskrypcja znad bramy domu Długosza przy ulicy Kanoniczej w Krakowie zdaje się w szczególny sposób znajdować swoje potwierdzenie. Staje dziś bowiem przed nami sześć wieków historii, stają wszystkie pokolenia profesorów i studentów krakowskiej Alma Mater, aby zaświadczyć o tym, jakie owoce dla człowieka, dla narodu i dla Kościoła przynosi wytrwała, ujęta w ramy wyższej uczelni, troska o ową mens bona. Jakże nie wsłuchać się w ten głos wieków? Jak nie przyjąć wdzięcznym sercem świadectwa ludzi - którzy poszukując prawdy - kształtowali dzieje tego królewskiego miasta, ubogacali skarbiec kultury polskiej i europejskiej? Jak nie chwalić Boga za to dzieło mądrości człowieka, które z Jego odwiecznej Mądrości wyrasta i ku osiągnięciu jej pełni prowadzi? Dziękuję Bogu za sześćset lat Wydziału Teologicznego i Uniwersytetu Jagiellońskiego. Raduję się, iż dane mi jest czynić to tutaj, w uniwersyteckiej kolegiacie św. Anny, w obecności ludzi nauki z całej Polski. Pozdrawiam z całego serca senaty Uniwersytetu Jagiellońskiego i Papieskiej Akademii Teologicznej z ich Rektorami na czele. Dziękuję za słowa przywitania i wprowadzenia w ten uroczysty akt akademicki. Serdecznie witam i pozdrawiam szanownych państwa rektorów i prorektorów, reprezentujących uczelnie akademickie w Polsce. Wciąż żywe jest we mnie wspomnienie spotkania z państwem, które na początku ubiegłego roku miało miejsce w Watykanie [4 stycznia 1996]. Wtedy mówiłem o tym, jak wiele nas łączy. Spotykamy się przecież w imię wspólnej miłości do prawdy, dzieląc troskę o dalsze losy nauki w naszej Ojczyźnie. Cieszę się, że dziś ponownie możemy doświadczać tej jedności. Dzisiejsza bowiem uroczystość w sposób szczególny ją uwydatnia i odsłania jej najgłębsze znaczenie. Oto, rzec można, dzięki waszej obecności wszystkie uczelnie Polski - i te o wielowiekowej tradycji i te całkiem nowe - jednoczą się wokół tej najstarszej - Alma Mater Jagellonica. Przychodzą do niej, aby dać wyraz swojemu zakorzenieniu w całej historii polskiej nauki, która wzięła swój początek z owej jagiellońskiej fundacji sprzed sześciuset lat. Wspólnie wracamy do źródeł, z których zrodził się sześćset lat temu Uniwersytet Jagielloński i jego Wydział Teologiczny. Wspólnie pragniemy raz jeszcze podjąć to wielkie dziedzictwo duchowe, jakim ten Uniwersytet jest w dziejach naszego narodu i w dziejach Europy, aby bez żadnego uszczerbku przekazać to bezcenne dobro dalej, następnym pokoleniom Polaków, w trzecie tysiąclecie.
  2. W czasie tej jubileuszowej uroczystości kierujemy naszą wdzięczną myśl ku postaci św. Jadwigi, Pani Wawelskiej, fundatorki Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wydziału Teologicznego. Przedziwnym zrządzeniem Bożej Opatrzności obchody 600-lecia zbiegły się dzisiaj z jej kanonizacją, na którą Polska, a zwłaszcza Kraków i jego środowisko akademickie tak długo czekały. Wszyscy bardzo pragnęliśmy tej kanonizacji. Senaty Uniwersytetu Jagiellońskiego i Papieskiej Akademii Teologicznej dały temu wyraz w skierowanych do mnie listach. Święta fundatorka Uniwersytetu - Jadwiga, w mądrości właściwej świętym, wiedziała, iż Uniwersytet, jako wspólnota ludzi poszukujących prawdy, jest niezbędny dla życia narodu i dla życia Kościoła. Dlatego wytrwale dążyła do tego, aby odrodzić Akademię Krakowską fundacji Kazimierzowskiej i ubogacić ją o Wydział Teologiczny. Akt niezmiernie doniosły, gdyż według ówczesnych kryteriów dopiero fundacja wydziału teologicznego dawała uczelni pełne prawo obywatelstwa i rodzaj nobilitacji w [ówczesnym] świecie akademickim. Jadwiga zabiegała więc o to wytrwale u papieża Bonifacego IX, który w roku 1397, a więc dokładnie sześćset lat temu, przychylił się do jej próśb, erygując Wydział Teologiczny na Uniwersytecie Jagiellońskim uroczystą bullą Eximiae devotionis affectus. Wtedy dopiero Uniwersytet krakowski w pełni zaistniał na mapie uniwersytetów europejskich, a państwo jagiellońskie znalazło się na poziomie analogicznym do krajów zachodnich. Uniwersytet krakowski rozwijał się bardzo szybko. W ciągu wieku XV osiągnął poziom największych i najznakomitszych uniwersytetów ówczesnej Europy. Stawiano go obok paryskiej Sorbony, czy też obok starszych od niego uniwersytetów włoskich w Bolonii i Padwie, nie zapominając o sąsiadujących z Krakowem uniwersytetach w Pradze, Wiedniu i w Pecsu na Węgrzech. Ten złoty okres w dziejach Uniwersytetu zaowocował licznymi postaciami wybitnych profesorów i studentów. Ograniczę się do wymienienia dwóch tylko nazwisk: Pawła Włodkowica i Mikołaja Kopernika. Dzieło Jadwigi owocowało także w innym wymiarze. Wiek XV bowiem to w historii Krakowa wiek świętych, i to świętych związanych ściśle z Uniwersytetem Jagiellońskim. Wtedy to na Uniwersytecie kształcił się, a potem nauczał św. Jan z Kęt, którego szczątki doczesne znajdują się w tej właśnie kolegiacie akademickiej św. Anny. A obok niego szereg innych, jak błogosławiony Stanisław Kazimierczyk, Szymon z Lipnicy, Ładysław z Gielniowa, czy też cieszący się opinią świętości Michał Giedroyć, Izaak Boner, Michał z Krakowa i Mateusz z Krakowa. To tylko niektórzy spośród całej rzeszy tych, którzy na drodze szukania prawdy doszli do szczytów świętości i tworzą duchowe piękno tego Uniwersytetu. Myślę, iż w czasie tej jubileuszowej uroczystości również i tego wymiaru nie można pomijać.
  3. Pozwólcie, drodzy państwo, iż zwrócę się teraz bezpośrednio do Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, spadkobierczyni Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, ufundowanego przez św. Jadwigę sześćset lat temu. Nie tylko w historii polskiej teologii, ale również w historii nauki i kultury polskiej spełniał on - jak powiedziałem - rolę wyjątkową. Z Wydziałem tym byłem ściśle związany poprzez studia filozoficzno-teologiczne w czasie okupacji [a więc studia podziemne], a potem poprzez doktorat i habilitację. Dzisiaj stają mi przed oczyma przede wszystkim lata dramatycznych zmagań o jego istnienie w okresie dyktatury komunistycznej. W zmaganiach tych uczestniczyłem osobiście jako arcybiskup krakowski. Ten bolesny okres zasługuje ze wszech miar na rzetelną dokumentację i pogłębione studium historyczne. Kościół nigdy nie pogodził się z faktem jednostronnej i niesprawiedliwej likwidacji Wydziału przez ówczesne władze państwowe. Robił wszystko, aby środowisko uniwersyteckie Krakowa nie było pozbawione akademickiego studium teologii. Pomimo wielu trudności i szykan ze strony władz Wydział istniał i działał przy krakowskim seminarium duchownym, najpierw jako Papieski Wydział Teologiczny, a następnie sprawa dojrzała do tego stopnia, iż mogła w Krakowie powstać Papieska Akademia Teologiczna, jako uczelnia trzywydziałowa, będąca moralną kontynuatorką prastarego Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jakże więc dzisiaj, przy okazji tej jubileuszowej uroczystości, nie dziękować Panu Bogu, iż pozwolił nam nie tylko obronić to wielkie dobro duchowe Wydziału Teologicznego, ale również rozwinąć je i nadać mu nową, jeszcze bardziej bogatą formę akademicką! I tak Papieska Akademia Teologiczna, razem z innymi uczelniami katolickimi w naszej Ojczyźnie, wnosi swój wkład w rozwój nauki i kultury polskiej, pozostając równocześnie szczególnym świadkiem naszej epoki - epoki zmagań o prawo do obecności uczelni teologicznych w krajobrazie akademickim współczesnej Polski.
  4. Przy okazji dzisiejszych uroczystości jubileuszowych nasuwa się również szereg refleksji o charakterze ogólnym i bardzo zasadniczym: Czym jest uniwersytet? Jaka jest jego rola w kulturze i w społeczeństwie? Alma Mater. Alma Mater Jagellonica... Określenie to stosuje się także do uczelni - i ma to głęboki sens. Mater - matka, czyli ta, która rodzi i która wychowuje, kształci. Uniwersytet ma w sobie podobieństwo do matki, [jakieś macierzyństwo]. Podobny jest do niej przez troskę macierzyńską. Ta troska jest natury duchowej: rodzenie dusz do wiedzy, do mądrości, kształtowanie umysłów i serc. Jest to wkład nieporównywalny z niczym. Ja osobiście, po latach, widzę coraz lepiej, jak wiele Uniwersytetowi zawdzięczam: zamiłowanie do Prawdy, wskazanie dróg jej poszukiwania. Wielką rolę odgrywali w moim życiu wielcy profesorowie, których miałem szczęście poznać: ludzie, którzy wielkością swego ducha ubogacali mnie i nadal ubogacają. Nie mogę oprzeć się potrzebie serca, aby przynajmniej niektórych z nich wymienić dzisiaj po nazwisku: profesorowie Stanisław Pigoń, Stefan Kołaczkowski, Kazimierz Wyka, Kazimierz Nitsch, Zenon Klemensiewicz - to ci z polonistyki. [Wspominam zmarłych.] A do nich dołączają profesorowie Wydziału Teologicznego: ks. Konstanty Michalski, Jan Salamucha, Marian Michalski, Ignacy Różycki, Władysław Wicher, Kazimierz Kłósak, Aleksy Klawek. Jak wiele treści i jak wiele osób kryje się w tym określeniu: Alma Mater! Powołaniem każdego uniwersytetu jest służba prawdzie: jej odkrywanie i przekazywanie innym. Wymownie wyraził to artysta projektujący kaplicę św. Jana z Kęt, która zdobi tę kolegiatę. Sarkofag Mistrza Jana został umieszczony na barkach postaci uosabiających cztery tradycyjne wydziały Uniwersytetu: Medycynę, Prawo, Filozofię i Teologię. Przywodzi to na myśl ten właśnie kształt uniwersytetu, który poprzez wysiłek badawczy wielu dyscyplin naukowych stopniowo zbliża się ku Prawdzie najwyższej. Człowiek przekracza granice poszczególnych dyscyplin wiedzy, tak aby ukierunkować je ku owej Prawdzie i ku ostatecznemu spełnieniu swego człowieczeństwa. Można tutaj mówić o solidarności różnych dyscyplin naukowych w służbie człowiekowi i odkrywaniu coraz pełniejszej prawdy o nim samym i o otaczającym go świecie, [o kosmosie]. Człowiek ma żywą świadomość, iż prawda jest poza i Ťponadť nim samym. Człowiek nie tworzy prawdy, ale ona sama się przed nim odsłania, gdy jej szuka wytrwale. Poznanie prawdy rodzi jedyną w swym rodzaju duchową radość [gaudium veritatis]. Któż z was, drodzy państwo, w mniejszym lub większym stopniu nie przeżył takiego momentu w swojej pracy badawczej! Życzę wam, aby takich chwil w waszej pracy było jak najwięcej! W tym przeżyciu radości z poznania prawdy, [gaudium veritatis] można widzieć także jakieś potwierdzenie transcendentnego powołania człowieka, wręcz jego otwarcia się na nieskończoność. Jeżeli dzisiaj, jako Papież, jestem tutaj z wami - ludźmi nauki - to po to, aby wam powiedzieć, że współczesny człowiek was potrzebuje. Potrzebuje waszej naukowej dociekliwości, waszej wnikliwości w stawianiu pytań i uczciwości w szukaniu na nie odpowiedzi. Potrzebuje tej swoistej transcendencji, jaka jest właściwa uniwersytetom. Poszukiwanie prawdy, nawet wówczas, gdy dotyczy ograniczonej rzeczywistości świata czy człowieka, nigdy się nie kończy, zawsze odsyła ku czemuś, co jest ponad bezpośrednim przedmiotem badań, ku pytaniom otwierającym dostęp do Tajemnicy. Jak ważne jest, by ludzka myśl nie zamykała się na rzeczywistość Tajemnicy, by człowiekowi nie brakło wrażliwości na Tajemnicę, by nie brakowało mu odwagi pójścia w głąb!
  5. Niewiele jest rzeczy równie ważnych w życiu człowieka i społeczeństwa, jak posługa myślenia. ŤPosługa myśleniať, o której mówię, to w swej istocie nic innego jak służba prawdzie w wymiarze społecznym. Każdy intelektualista, bez względu na przekonania, jest powołany do tego, by kierując się tym wzniosłym i trudnym ideałem, spełniał funkcję sumienia krytycznego wobec tego wszystkiego, co człowieczeństwu zagraża lub go pomniejsza. Być pracownikiem nauki zobowiązuje! Zobowiązuje przede wszystkim do szczególnej troski o rozwój własnego człowieczeństwa. Pragnę wspomnieć o człowieku, którego wielu z obecnych tutaj - tak jak ja - znało osobiście. Związany z krakowskim środowiskiem naukowym, był profesorem Politechniki Krakowskiej. Dla naszego pokolenia stał się jakimś szczególnym świadkiem nadziei. Myślę tu o Słudze Bożym Jerzym Ciesielskim. Jego pasja naukowa była nierozerwalnie związana ze świadomością transcendentnego wymiaru prawdy. Swoją dociekliwość uczonego łączył z pokorą ucznia wsłuchanego w to, co o tajemnicy Boga i człowieka mówi piękno stworzonego świata. Posługę uczonego - Ťposługę myśleniať - uczynił drogą do świętości. Mówiąc o powołaniu człowieka nauki, nie możemy pominąć również i tej perspektywy. W codziennym trudzie pracownika nauki konieczna jest także szczególna wrażliwość etyczna. Nie wystarcza bowiem troska o logiczną, formalną poprawność procesu myślenia. Czynności umysłu muszą być koniecznie włączone w duchowy klimat niezbędnych cnót moralnych, jak szczerość, odwaga, pokora i uczciwość oraz autentyczna troska o człowieka. Dzięki wrażliwości moralnej zachowana zostaje bardzo istotna dla nauki więź pomiędzy prawdą a dobrem. Tych dwóch spraw nie można bowiem od siebie oddzielać! Zasady wolności badań naukowych nie wolno oddzielać od odpowiedzialności etycznej każdego uczonego. W przypadku ludzi nauki ta odpowiedzialność etyczna jest szczególnie ważna. Relatywizm etyczny oraz postawy czysto utylitarne stanowią zagrożenie nie tylko dla nauki, ale wprost dla człowieka i dla społeczeństwa. Innym warunkiem zdrowego rozwoju nauki, na który chciałem zwrócić uwagę, jest integralna koncepcja osoby ludzkiej. Wielki spór o człowieka u nas w Polsce wcale się nie zakończył wraz z upadkiem ideologii marksistowskiej. Spór o człowieka trwa w dalszym ciągu, a pod pewnym względem nawet się nasilił. Formy degradacji osoby ludzkiej oraz wartości życia ludzkiego stały się bardziej subtelne, a tym samym bardziej niebezpieczne. Potrzeba dziś wielkiej czujności w tej dziedzinie. Otwiera się tutaj szerokie pole działania właśnie dla uniwersytetów, dla ludzi nauki. Zdeformowana lub niepełna wizja człowieka sprawia, iż nauka przemienia się łatwo z dobrodziejstwa w poważne zagrożenie dla człowieka. Rozwój współczesnych badań naukowych w pełni potwierdza te obawy. Człowiek z podmiotu i celu staje się dzisiaj nierzadko przedmiotem lub wręcz Ťsurowcemť: wystarczy wspomnieć o eksperymentach inżynierii genetycznej, które budzą wielkie nadzieje, ale równocześnie także i niemałe obawy o przyszłość rodzaju ludzkiego. Zaiste prorocze były słowa Soboru Watykańskiego II, do których często odwołuję się w spotkaniach ze światem nauki: ŤEpoka nasza bardziej niż czasy ubiegłe potrzebuje takiej mądrości, która by wszystkie rzeczy nowe, jakie człowiek odkrywa, czyniła bardziej ludzkimi. Przyszłym losom świata grozi bowiem niebezpieczeństwo, jeśli ludzie nie staną się mądrzejsiť [„Gaudium et spes", 15]. Oto wielkie wyzwanie, jakie w sferze badawczej i dydaktycznej staje dzisiaj przed szkołami wyższymi: formowanie ludzi nie tylko kompetentnych w swojej specjalizacji, [czasem wąskiej], bogatych w encyklopedyczną wiedzę, ale nade wszystko w autentyczną mądrość. Tylko tak uformowani, będą oni mogli wziąć na swe barki odpowiedzialność za przyszłość Polski, Europy i świata.
  6. Wiem, iż nauka polska boryka się obecnie z wieloma trudnymi problemami, podobnie jak i całe polskie społeczeństwo. Mówiłem o tym szerzej w czasie watykańskiego spotkania z rektorami polskich wyższych uczelni. Nie brakuje jednak świateł nadziei. Polscy uczeni, nieraz w bardzo trudnych warunkach, z wielkim poświęceniem prowadzą prace badawcze i dydaktyczne. Osiągają zaś nierzadko pozycje liczące się w nauce światowej. Dzisiaj pragnę wyrazić moje szczere uznanie dla wszystkich pracowników nauki polskiej za ich codzienny trud i pogratulować im odnoszonych sukcesów. Bardzo dziękuję za to dzisiejsze spotkanie. Bardzo tego spotkania pragnąłem, aby raz jeszcze zaświadczyć, iż Kościołowi sprawy nauki nie są obojętne. Chciałbym, abyście państwo zawsze byli pewni tego, iż Kościół jest z wami i - zgodnie ze swym posłannictwem - pragnie wam służyć. Zaś obecnych tutaj proszę o przekazanie moich serdecznych pozdrowień senatom, profesorom, wykładowcom, pracownikom administracyjnym i technicznym oraz młodzieży studenckiej waszych rodzimych uczelni. [Serdecznie dziękuję przedstawicielom władz państwowych za ich obecność]. Zwracam się wreszcie do czcigodnych jubilatów: do [mojego] Uniwersytetu Jagiellońskiego i do Papieskiej Akademii Teologicznej, z najlepszymi życzeniami wszelkiej obfitości darów Ducha Świętego na dalszą drogę służby Prawdzie. Wzywając wstawiennictwa świętych Patronów: św. Stanisława, biskupa i męczennika, św. Jana z Kęt, św. Jadwigi, fundatorki Uniwersytetu Jagiellońskiego i jego Wydziału Teologicznego [pragnę przekazać państwu moje błogosławieństwo, ale przedtem jeszcze nie mogę nie dodać pewnego szczegółu, którego trudno zapomnieć. Wiele było takich szczegółów, które miałem na warsztacie przygotowując to przemówienie, ale jeden jest taki, który absolutnie muszę dodać, chociaż nie znalazł się w tekście. Mianowicie chcę przypomnieć dzień 6 listopada 1939 roku. Byłem wtedy studentem polonistyki. Oczywiście, była już wojna. Jeszcze tego samego dnia znalazłem się na Gołębiej, to znaczy w naszym zakładzie. Jeszcze rozmawiałem z profesorami, profesorem Nitschem, którzy spieszyli na spotkanie zarządzone przez władze okupacyjne. Z tego spotkania już nie wrócili do domu. Zostali wywiezieni do Sachsenhausen. Takich kart w dziejach Uniwersytetu i nie tylko Uniwersytetu krakowskiego, innych również - było na pewno więcej. Ale to są karty, które sprawiają, że ta nasza Alma Mater potwierdza się jako mater, mater, która cierpi, która składa ofiarę. Wspominam tych moich profesorów, tych zmarłych, tych z obozów, tych, którzy wrócili, a potem niedługo zmarli i modlę się za ich życie w Bogu. Bo ostatecznie każda matka temu chce służyć, ażeby spełniło się powołanie każdego człowieka, którym jest powołanie w Bogu. Dziękuję państwu bardzo].

Nowa Pracownia Neuroradiologiczna

W dniu 23 maja 1997 r. dokonano otwarcia jednej z pierwszych w Polsce Pracowni Neuroradiologicznej, mieszczącej się w Instytucie Radiologii i Radioterapii Akademii Medycznej w Gdańsku. W uroczystości otwarcia, która miała miejsce w sali wykładowej im. Witolda Grabowskiego, wziął udział Rektor Akademii Medycznej prof. Zdzisław Wajda, Prorektor ds. Klinicznych prof. Czesław Baran, Lekarz Wojewódzki dr Tadeusz Podczarski, Dyrektorzy PSK Nr 1, przedstawiciele firmy Siemens oraz licznie zebrani neurolodzy województwa gdańskiego i ościennych, jak też neurochirurdzy i radiolodzy. W Pracowni został zainstalowany aparat niemieckiej firmy Siemens - MULTISTAR TOP, który jest nowoczesnym aparatem rentgenowskim, przeznaczonym do badań naczyń głowy i kanału kręgowego oraz wykonywania zabiegów neuroangiograficznych. Wyposażony jest w najnowszej generacji system cyfrowej obróbki obrazu z systemem DSA, co umożliwia przeprowadzanie badań w pełni zautomatyzowanych, z trójwymiarowym, subtrakcyjnym przedstawieniem obrazów naczyń. Zapewnia też właściwą ochronę radiologiczną pacjentowi i personelowi, bowiem specjalna technika skopii pulsacyjnej zapewnia redukcję dawki promieniowania jonizującego do 90%, w stosunku do badań konwencjonalnych. Jest to szczególnie ważne przy wykonywaniu zabiegów interwencyjnych, mogących trwać dość długo. Metody zachowawczego leczenia schorzeń naczyniowych stają się coraz bardziej powszechne na świecie. W Polsce zaczynają się dopiero rozwijać w miarę przybywania nowego sprzętu angiograficznego wysokiej klasy. Wysoka rozdzielność obrazu oglądanego na monitorze podczas wykonywanego badania diagnostycznego, umożliwia nie tylko precyzyjne rozpoznanie choroby, ale - w razie jej istnienia - wprowadzanie mikrocewników do zmienionych chorobowo naczyń, przez które można podawać materiały embolizacyjne, balony odczepialne, mikrosprężynki, kleje, celem zamknięcia tętniaka, przetoki tętniczo-żylnej, bądź innej malformacji naczyniowej, bez wykonywania ogromnie obciążającego pacjenta zabiegu chirurgicznego, polegającego na otwarciu jamy czaszki. W przypadkach istnienia guzów nowotworowych można podać do naczynia zaopatrującego guz leki niszczące tkankę nowotworową. W niektórych typach nowotworów, jak np. w oponiakach można zamykać naczynia zaopatrujące nowotwór, co ułatwia chirurgowi zabieg operacyjny. Jestem przekonana, że nowa Pracownia będzie dobrze służyć chorym.

dr med. Marianna Taraszewska

Konkurs na dyrektora PSK 2

Rektor Akademii Medycznej w Gdańsku działając z upoważnienia Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej z dnia 5 marca 1992 r. w sprawie rodzaju stanowisk w publicznych zakładach opieki zdrowotnej, których obsadzenie następuje w drodze konkursu oraz trybu przeprowadzania konkursu (tekst jednolity Dz.U. Nr 41/1996 r. poz. 180) ogłasza konkurs na stanowisko dyrektora Państwowego Szpitala Klinicznego Nr 2 w Gdańsku przy ul. Klinicznej 1a O przyjęcie na ww. stanowisko mogą ubiegać się osoby posiadające:

  1. wykształcenie wyższe - 8-letni staż pracy lub
  2. wykształcenie wyższe medyczne - specjalizacja II° lub I° - 3-letni staż pracy lub
  3. wykształcenie wyższe - ukończone studia podyplomowe w zakresie zdrowia publicznego lub zarządzania i organizacji w służbie zdrowia, 3-letni staż pracy.
Kandydaci powinni przedstawić: Zainteresowani pragnący przystąpić do konkursu winni złożyć stosowne dokumenty w zamkniętej kopercie w Sekretariacie Dyrektora Administracyjnego Akademii Medycznej w Gdańsku, ul. M. Skłodowskiej-Curie 3a, pokój 205 w terminie 30 dni od ogłoszenia. Rozpatrzenie złożonych ofert nastąpi w ciągu 30 dni od daty zakończenia ich składania. Mieszkania nie zapewniamy.

Szpital Specjalistyczny św. Wojciecha Adalberta

Dyrekcja Szpitala Specjalistycznego w Gdańsku-Zaspie informuje, iż zgodnie z zarządzeniem nr 41/97 wojewody gdańskiego z dnia 10.04.1997 r. nazwę Szpital Miejski Gdańsk-Zaspa zastępuje się nazwą: Szpital Specjalistyczny św. Wojciecha Adalberta, Al. Jana Pawła II 50, 80-462 Gdańsk-Zaspa. Nie ulega zmianie konto bankowe i regon.

Zastępca Dyrektora
ds. ekonomiczno-finansowych
mgr Krystyna Grzenia

Zmiany organizacyjne

Zarządzeniem nr 9/97 Rektora Akademii Medycznej w Gdańsku z dnia 10.06.1997 r. w sprawie wprowadzenia zmian organizacyjnych w Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Gdańsku w Katedrze Chorób Psychicznych przemianowano Samodzielną Pracownię Psychiatrii Biologicznej na Zakład Psychiatrii Biologicznej bez udziału finansowego Uczelni, tzn. dodatkowych etatów i dodatkowych pomieszczeń.

Zmarła dr Elżbieta Piełowska

W dniu 4 czerwca 1997 roku zmarła dr Elżbieta PIEŁOWSKA z d. Maciejewska absolwentka Akademii Medycznej w Gdańsku, specjalista pediatrii i rehabilitacji, wieloletnia asystentka w Klinice Pediatrycznej AM w Gdańsku kierowanej przez prof. H. Brokmana, współorganizatorka Sanatorium Usprawniania Leczniczego dla Dzieci w Gdańsku, gdzie przepracowała wszystkie lata swej aktywności zawodowej wnosząc bogatą wiedzę i niezwykłą wrażliwość w kształtującą się rehabilitację jako odrębną specjalność medyczną. Bezinteresownie zaangażowana w potrzeby niepełnosprawnych była zawsze z tymi, którzy potrzebowali pomocy.

Spotkanie Senackiej Komisji Zdrowia Rzeczypospolitej Polskiej z Senatem Akademii Medycznej w Gdańsku

W dniu 28.05.1997 r. w Rektoracie Akademii Medycznej w Gdańsku odbyło się spotkanie Senatu naszej Uczelni pod przewodnictwem JM Rektora prof. Zdzisława Wajdy z członkami Senackiej Komisji Zdrowia Rzeczypospolitej Polskiej, reprezentowanej przez senatorów: M. Wyklętowskiego, W. Kustrzebę, J. Cieślaka i J. Kopaczewskiego. Przewodniczący Senackiej Komisji Zdrowia senator M. Wyklętowski usprawiedliwił nieobecnych na spotkaniu pozostałych członków Komisji oświadczając, że przyczyną ich absencji są ważne powody służbowe bądź osobiste. JM Rektor powitał obecnych i oznajmił, że przed tygodniem uczestniczył w debacie Senatu RP na temat sytuacji służby zdrowia w Polsce, poświęconej organizacji służby zdrowia, wyposażeniu w aparaturę i sytuacji zdrowotnej naszego społeczeństwa. Nie poruszano jednak spraw płacowych. Z dyskusji JM Rektor wywnioskował, że Ministerstwo Zdrowia ma świadomość co należy zrobić, ale niestety - poważnym hamulcem działania jest brak pieniędzy. Senacka Komisja Zdrowia została poproszona, w miarę możliwości, o pomoc przy przejmowaniu na własność budynków, w których funkcjonuje Uczelnia (Zakłady Teoretyczne, Izba Przyjęć i Przychodnia PSK Nr 1, Apteka oraz Centralna Pralnia), a także o poparcie budowy zaplanowanych nowych inwestycji. Okazuje się, że zgodnie z przepisami regulującymi tryb wejścia Uczelni w posiadanie majątku, ustawą o szkolnictwie wyższym oraz ustawą o gospodarce gruntami, Akademia Medyczna staje się właścicielem zajmowanych gruntów nieodpłatnie, natomiast za budynki musi odprowadzić do Skarbu Państwa około 61 mld starych złotych, przy czym od kwoty tej można jedynie odliczyć poniesione nakłady na remonty i modernizację pod warunkiem, że wydane na nie pieniądze pochodzą z dochodów własnych, a nie ze Skarbu Państwa. Jeden z członków Senackiej Komisji Zdrowia poinformował, że w obecnej chwili problem ten został uregulowany w przypadku uwłaszczenia szkół wyższych podległych MEN, które zgodnie z decyzją Prezydenta RP mają przejmować budynki i grunty bez uiszczania jakiejkolwiek opłaty. W sprawie tej Przewodniczący Senackiej Komisji Zdrowia poprosił o pełną dokumentację, którą przedstawi w Biurze Prawnym Senatu, mając nadzieję, że sprawa zostanie pomyślnie dla nas załatwiona. Senacką Komisję Zdrowia poinformowano o kierunkach inwestycji Akademii Medycznej w Gdańsku w roku akademickim 1997/98. Plany inwestycji dotyczą III etapu budowy Instytutu Kardiologii, budowy nowego Zakładu Medycyny Sądowej, przygotowania dokumentacji budowy Centrum Diagnostyczno-Zabiegowego (dawniej Instytut Chirurgii), modernizacji ciągu kuchennego w PSK Nr 1, a także budowy ekologicznej centralnej spalarni i centralnej kotłowni. Uwzględniając uwagę Senackiej Komisji Zdrowia, że co prawda budżet dla służby zdrowia w przyszłym roku zwiększy się o 0,2% produktu krajowego brutto, to nadal będzie to budżet naszych możliwości, a nie naszych potrzeb, JM Rektor podkreślił szczególnie znaczenie dwóch planowanych inwestycji, o których mówi się od lat, tj. budowy nowego Zakładu Medycyny Sądowej oraz Centrum Diagnostyczno-Zabiegowego i poprosił Komisję o pomoc. Jeden z profesorów naszej Uczelni poprosił także Senacką Komisję Zdrowia o ocenę pracy ministra Jacka Żochowskiego, a na przykładzie budującego się Szpitala w Kościerzynie zapytano o kontrolę przez Ministerstwo Zdrowia, Senat i Parlament wydawania społecznych pieniędzy na służbę zdrowia. Według prywatnej opinii przewodniczącego Komisji resort służby zdrowia działa nie tak jak powinien, a współpracę Komisji z MZiOS, podobnie jak z Izbami Lekarskimi, ocenia jako złą. Na pytanie, czy Polskę stać na utrzymywanie Ministerstwa Zdrowia i czy nie należałoby przejść na system amerykański organizacji służby zdrowia, jeden z członków Komisji odpowiedział, że jest zwolennikiem połączenia medycyny prewencyjnej z medycyną naprawczą, a także połączenia Ministerstwa Ochrony Środowiska z Ministerstwem Zdrowia. Niestety ochrona środowiska zdaje sobie sprawę, że wówczas będzie dysponowała mniejszą kwotą pieniędzy i broni się przed połączeniem. Na takiej integracji straciłaby również służba zdrowia, mająca mniejszą siłę przebicia, bowiem jest to środowisko słabe, nie zintegrowane i mające rozbieżne interesy grupowe. Zdaniem członka Komisji jednym z czynników odpowiedzialnych za sytuację finansową służby zdrowia w Polsce ma być także fakt, że minister zdrowia, z wykształcenia lekarz a nie ekonomista, zawsze skazany jest na porażkę w dyskusjach z ministrem finansów. Na zakończenie spotkania omawiano także problematykę lekarzy rodzinnych oraz zasady opracowywania standardów procedur medycznych.

dr Zbigniew Jankowski

9.06.1997 - Kraków - Poliklinika Kardiochirurgii Ojciec Święty do chorych i służby medycznej

[Drodzy Państwo,]

  1. Bardzo się raduję, że na drodze mego pielgrzymowania po ziemi ojczystej dane mi jest odwiedzić krakowski szpital specjalistyczny i poświęcić nowo wybudowaną Poliklinikę Kardiochirurgii. Cieszę się, że przy tej okazji mogę spotkać się z chorymi oraz z tymi, którzy im posługują. Przybywam do was ze wzruszeniem i dziękuję za zaproszenie kierownictwu i pracownikom. W 1913 roku Rada Miasta Krakowa podjęła uchwałę o budowie właśnie tutaj, na Białym Prądniku, Miejskich Zakładów Sanitarnych. Ukończono ją cztery lata później. Szpital ten obchodzi w tym roku 80-lecie swego istnienia i ofiarnej służby ludziom chorym. Jakże nie wspomnieć tutaj tych wszystkich, którzy narażając własne zdrowie spieszyli z samarytańską pomocą cierpiącemu człowiekowi. Chylimy głowy, myśląc zwłaszcza o tych, którzy zapłacili cenę najwyższą, ofiarowali swoje życie. Niektórzy z nas pamiętają zapewne pana doktora Aleksandra Wielgusa, który zmarł w 1939 roku w następstwie zarażenia się gruźlicą, czy też panią doktor Sielecką-Meier, zmarłą z tej samej przyczyny w pierwszych latach po wyzwoleniu. Jakże nie wspomnieć także pełnej ewangelicznego poświęcenia pracy sióstr sercanek! Swą posługą chorym, daniną zdrowia, a czasem nawet życia, zapisały piękną kartę w dziejach tego szpitala. Tutaj dwukrotnie przebywała na leczeniu błogosławiona siostra Faustyna. Ten specjalistyczny szpital został w ostatnim czasie wzbogacony o nową klinikę kardiochirurgii. Pragnę wyrazić słowa szczerego uznania budowniczym tej kliniki. Jest to zasługa wielu ludzi, których nazwiska trudno by było tutaj wyliczyć. Dziękujemy dzisiaj Bogu za dar ludzkiej pracy i ludzkiej solidarności z człowiekiem chorym.
  2. «Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili» (Mt. 25, 40). Tymi słowami Jezusa Chrystusa zwracam się do was pracujących w tym szpitalu i poprzez was do wszystkich pracowników służby zdrowia w Polsce. Żywię wielkie uznanie i szacunek dla waszej pracy. Wymaga ona poświęcenia i oddania choremu człowiekowi, a przez to ma tak głęboko ewangeliczny wymiar. W perspektywie wiary wasza posługa jawi się jako służba samemu Chrystusowi, tajemniczo obecnemu w doświadczonym cierpieniem człowieku. Dlatego wasz zawód jest godny największego szacunku. Jest to misja o nadzwyczajnej wartości, którą najlepiej określa słowo powołanie. Dobrze wiem, w jak niezwykle trudnych warunkach musicie nieraz pracować. Mam nadzieję, że wszelkie problemy służby zdrowia w Polsce zostaną rozwiązane w sposób mądry i sprawiedliwy - dla dobra pacjentów i tych, którzy się o nich troszczą. Dziękuję wam dzisiaj za tę wielkoduszną i spełnianą z poświęceniem pracę. Za to, że ciężar cierpienia i bólu swych sióstr i braci bierzecie niejako na swoje barki, chcąc im ulżyć i przywrócić upragnione zdrowie. Moje „Bóg zapłać" wyrażam w szczególny sposób tym wszystkim, którzy stoją odważnie po stronie prawa Bożego, kierującego ludzkim życiem. Powtarzam jeszcze raz to, co napisałem w encyklice Evangelium vitae: ŤWasz zawód każe wam strzec ludzkiego życia i służyć mu. W dzisiejszym kontekście kulturowym i społecznym, w którym nauka i sztuka medyczna zdają się tracić swój wrodzony wymiar etyczny, możecie doznawać często silnej pokusy manipulowania życiem, a czasem wręcz powodowania śmierci. Wobec istnienia takiej pokusy wzrasta niezmiernie wasza odpowiedzialność, która znajduje najgłębszą inspirację i najmocniejsze oparcie właśnie we wrodzonym i niezbywalnym wymiarze etycznym zawodu lekarskiego, o czym świadczy już starożytna, ale zawsze aktualna, przysięga Hipokratesa, według której każdy lekarz jest zobowiązany okazywać najwyższy szacunek życiu ludzkiemu i jego świętościť (por. n. 89). Cieszę się, że środowisko lekarzy w Polsce w znakomitej większości bierze na siebie tę odpowiedzialność, nie tylko lecząc - podtrzymując życie, ale również zdecydowanie nie podejmując działań, które prowadziłyby do jego zniszczenia. Dziękuję z całego serca polskim lekarzom, pielęgniarkom i wszystkim przedstawicielom świata medycznego, którzy Boże prawo ŤNie zabijaj!ť stawiają ponad to, co dopuszcza prawo ludzkie. Dziękuję za to świadectwo, które dajecie zwłaszcza w ostatnich czasach. Proszę was: z wytrwałością i entuzjazmem kontynuujcie swój chwalebny obowiązek służby życiu we wszystkich jego wymiarach, według właściwych wam specjalności. Moja modlitwa będzie was wspierać w tej służbie.
  3. Słowa serdecznego pozdrowienia kieruję do was, drodzy chorzy, biorący udział w tym spotkaniu, jak również do tych, którzy nie mogą być tutaj z nami obecni. Każdego dnia staram się być blisko waszych cierpień. Mogę to powiedzieć, bo dobrze znam doświadczenie szpitalnego łóżka. Tym bardziej w codziennej modlitwie proszę Boga za wami - proszę o siły i zdrowie; proszę, byście w cierpieniu i chorobie nie utracili nadziei; modlę się, byście zdołali złożyć wasz ból u stóp Chrystusowego krzyża. Po ludzku sytuacja człowieka chorego jest trudna, bolesna, czasem wręcz upokarzająca. Ale właśnie dlatego jesteście w szczególny sposób bliscy Chrystusowi, uczestniczycie niejako fizycznie w Jego ofierze. Starajcie się o tym pamiętać. Męka, [Krzyż] i zmartwychwstanie naszego Zbawiciela pomoże wam rozjaśnić tajemnicę waszego cierpienia. To dzięki wam, dzięki waszej komunii z Ukrzyżowanym, tak wiele bezcennych bogactw w swoim duchowym skarbcu posiada Kościół. Dzięki wam mogą z tego skarbca czerpać inni. Nic tak nie ubogaca innych, jak bezinteresowny dar cierpienia. Dlatego zawsze pamiętajcie, zwłaszcza gdy czujecie się osamotnieni, że bardzo potrzebuje was Kościół, świat, nasza Ojczyzna. Pamiętajcie też, że [liczy na was] Papież.
[Muszę się przyznać, że w Polsce na 58 lat tu przeżytych stosunkowo mało doświadczyłem szpitala. Trochę jako chłopiec, z powodu mojego brata starszego, lekarza, potem po wypadku, który miałem przy końcu okupacji, i tyle. O wiele więcej w Rzymie. Poliklinikę Gemelli w Rzymie już odwiedzałem chyba cztery razy, po kilka dni, po kilka tygodni. Może o tym zaświadczyć pan doktor Buzzonetti, który tu ze mną podróżuje.] Na zakończenie pragnę wam wszystkim powiedzieć, że bardzo czekałem na spotkanie z wami. Nie mogło go zabraknąć na moim pielgrzymim szlaku. Modlę się, aby moc wiary wspomagała was w tych trudnych, pełnych udręk chwilach waszego życia. Modlę się, aby światło Ducha Świętego pomagało wam odkrywać, że cierpienie uszlachetnione miłością Ťjest takim dobrem, nad którym Kościół pochyla się ze czcią poprzez całą głębię swej wiary w Odkupienieť („Salvifici doloris", 24). Polecając Bogu chorych i tych, którzy im służą, z serca wszystkim błogosławię.
[Bóg zapłać.]

W nawiasie kwadratowym uzupełnienia dokonane przez KAI na podstawie zapisu magnetofonowego

Budżet AMG na rok 1997 zatwierdzony przez Senat

Podstawą do opracowania budżetu AMG na rok 1997 stała się decyzja Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej o dotacji na działalność naukowo-dydaktyczną i wychowawczą, przydział środków z Komitetu Badań Naukowych (KBN) oraz planowane dochody AMG. Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej przyznało kwotę 33.000.532 zł. W sumie tej mieści się fundusz wynagrodzeń 27.726.400 zł (wraz z narzutami - 47% ZUS, 8% odpis na zakładowy fundusz socjalny), oraz dotacja w wysokości 301.127 zł przeznaczona na remont bazy dydaktycznej. Ponadto na pomoc materialną i socjalną na rzecz studentów Ministerstwo przyznało 6.304.436 zł (w tym 957.575 zł przeznaczonych na remont bazy studenckiej ). AMG otrzymała również dotację w wysokości 1.500.000 zł na inwestycje związane z rozbudową Zakładu Medycyny Sądowej. Dotacje z KBN na 1997 r. wynoszą:

W celu dokonania oceny przyznanego budżetu w działalności dydaktycznej na 1997 r. przeprowadzono analizę porównawczą w stosunku do 1996 r. Wynika z niej, że zatwierdzona przez Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej kwota wynagrodzeń osobowych nie pokrywa następujących tytułów płac:

Razem niedobór 680.000 zł

Niedobór ten, decyzją Senatu, pokryty będzie z innych dochodów Uczelni, zgodnie z Art. 106 Ustawy o szkolnictwie wyższym.

Druga część budżetu na 1997 r. w działalności naukowo-dydaktycznej, to kwota 6.383.188 zł przeznaczona na wydatki rzeczowe zabezpieczające funkcjonowanie Uczelni. Ta część budżetu stanowiła najistotniejszy element w dyskusjach na dwóch kolejnych posiedzeniach Senatu AMG w dniu 12 i 23 maja br. Przedstawiony przez Komisję Budżetową Senatu AMG I projekt wydatków rzeczowych na 1997 r. oparty był o analizę poprzedniego budżetu, poniesione w 1996 r. wydatki oraz uwzględniał 15% inflację. Planowane koszty przedstawiono w rubryce 1 tabeli. Tak opracowane wydatki nie uzyskały aprobaty Senatu w dniu 12 maja 1997 r., który polecił Komisji Budżetowej opracować nowy projekt, w którym należy zwiększyć środki finansowe do dyspozycji kierowników jednostek.
Po bardzo wnikliwej analizie Komisja Budżetowa przedstawiła Senatowi w dniu 23 maja II projekt wydatków rzeczowych AMG. Najistotniejsze proponowane zmiany w stosunku do planu I polegały na:

Komisja Budżetowa proponowała również przenieść do 1 punktu 10% wydatków przewidzianych na rozmowy telefoniczne. W celu realizacji tego postanowienia Dyrekcja AMG powinna zweryfikować i ograniczyć ilość bezpośrednich „wyjść" z poszczególnych jednostek organizacyjnych. W dyskusji Senat AMG wyraził opinię, że wysokość poniesionych wydatków na rozmowy telefoniczne nie jest uzasadniona działalnością podstawową Uczelni, a wynika prawdopodobnie głównie z niekontrolowanych prywatnych rozmów pracowników. Aby temu przeciwdziałać Senat, poza wyżej przedstawionymi posunięciami organizacyjnymi, zwraca się do Kierowników jednostek organizacyjnych o zminimalizowanie tego typu wydatków, do czasu zainstalowania nowej centrali telefonicznej, która pozwoli na wydruk szczegółowych rachunków za każdą przeprowadzoną rozmowę. Na wniosek Rektora Senat uznał za przedwczesne przeniesienie proponowanych kwot bez dokładnego rozeznania stanu faktycznego. Propozycja Komisji Budżetowej w tym względzie będzie mogła być zrealizowana dopiero po zainstalowaniu nowej centrali telefonicznej. Pozostałe propozycje (pkt. od 9 do 12) w budżecie wynikają z zawartych na rok 1997 umów z odpowiednimi usługodawcami. Senat zatwierdził te wydatki, jednakże zobowiązał Dyrekcję AMG przy współudziale Komisji Budżetowej do przeprowadzenia w latach następnych ogólnodostępnych przetargów, a w bieżącym roku dokonać analizy i ewentualnej negocjacji umowy z firmą SQLab, zwłaszcza że do świadczonych przez nią usług zgłaszane są bardzo liczne zastrzeżenia.
W wyniku przeprowadzonej analizy proponowanego budżetu, decyzją Senatu zwiększono o 202.444 zł (23,5%) środki przeznaczone na limit dla jednostek organizacyjnych. Przy tak zatwierdzonych wydatkach rzeczowych 9.600.835 zł powstał planowany niedobór w wysokości 3.897.647 zł.

Na zmniejszenie deficytu będą miały wpływy z dochodów Uczelni, które planuje się w następującej wysokości:

Razem planowane dochody 2.428.050 zł

Podstawą do realizacji dochodów Uczelni są zatwierdzone przez Senat wysokości narzutów na koszty ogólnouczelniane w wysokości 20% dla prac statutowych (Senat na wniosek Rektora i Prorektora ds. Nauki nie przyjął propozycji zwiększenia tego narzutu na 1997 r. do 30%), 35% w działalności usługowej i naukowo-badawczej. Przyjęto również 35% narzut kosztów ogólnouczelnianych obciążających fundusz pomocy materialnej dla studentów.

Po uwzględnieniu planowanych dochodów, budżet w roku 1997 zamknie się planowanym niedoborem w wysokości 1.469.597 zł. Raz jeszcze należy podkreślić, że wszystkie zatwierdzone przez Senat wydatki (rubryka 3 tabeli) mają na celu przeznaczenie jak największych kwot na działalność podstawową jednostek dydaktycznych oraz umożliwienie kierownikom jednostek organizacyjnych pełniejszej kontroli nad całokształtem ich działalności.


Kwestor AMG
B. Sulżycka
Dyrektor Administracyjny
dr n. przyr. S. Bautembach

Status uczelni autonomicznej wspólną sprawą naszej społeczności akademickiej

dr hab. Zbigniew Nowicki, prof. nzw.

Mieszane uczucia towarzyszą refleksjom nad postanowieniami Senatu naszej Uczelni podjętymi w dniu 24 marca br. odnośnie - najogólniej mówiąc - sytuacji kadrowej, przedstawionymi w artykule JM Rektora w Gazecie AMG z maja br. Uczelnia nasza, jak czytamy, pozostaje na granicy wymagań ustawy co do liczby profesorów tytularnych, by posiadać prawa uczelni autonomicznej. We wspomnianej uchwale Senatu, u podstaw której leży troska o zachowanie tych uprawnień, mówi się o jednej kategorii pracowników, a mianowicie o doktorach habilitowanych, którzy bądź zajmują stanowiska profesora nadzwyczajnego, bądź tego awansu oczekują pozostając na stanowiskach adiunktów. Doktorzy habilitowani, od których oczekuje się „uzdrowienia" sytuacji i oddalenia ewentualnej utraty statusu uczelni autonomicznej przez naszą Akademię, stanowią niewielki - niestety - odsetek wśród nauczycieli akademickich. Tym mniejszy, gdy z grupy tej wyłączy się osoby, którym w roku 1996 przedłużono zatrudnienie na czas nieokreślony (z racji upływu 5-letniego okresu zatrudnienia na stanowisku profesora AMG - wymóg ustawowy) oraz te osoby, którym okres ten upływa w bieżącym roku akademickim, a także już mniej liczne grono, które w roku wejścia w życie uchwały Senatu osiągnie 65 rok życia. W tej sytuacji postanowienia Senatu dotyczą bardzo niewielkiej liczby adiunktów ze stopniem doktora habilitowanego oraz równie nielicznej grupy doktorów habilitowanych zatrudnionych na stanowiskach profesorów nadzwyczajnych - po raz pierwszy. W przedstawionej sytuacji rodzą się wątpliwości czy podjęte działania Senatu będą na tyle skuteczne, by oddalić zagrożenie przed utratą prestiżu, jakim cieszy się uczelnia autonomiczna. Gdyby założyć optymalny rozwój sytuacji i uzyskanie przez zdecydowaną większość doktorów habilitowanych tytułu profesora (co jednakże jest procesem uwarunkowanym szeregiem czynników obiektywnych) to i tak powyższe zagrożenie nie przestanie istnieć, bowiem, jak wskazano nie jest ich „bezpiecznie" dużo, a ponadto liczyć się trzeba z osiąganiem wieku emerytalnego przez profesorów tytularnych i ich odejściem z aktywnego życia w Uczelni. W świetle tych wywodów uchwała Senatu jest wdrożeniem terapii, ale chyba można ją rozpatrywać tylko w kategorii leczenia objawowego, którym nie zadawalamy się w naszej codzienności lekarskiej. Czy więc nie należałoby dokonać kolejnego kroku, a mianowicie stworzyć warunki dla zwiększenia grupy doktorów habilitowanych, a więc zastosować leczenie przyczynowe? Specyfika wyższej uczelni medycznej z jej rolą dydaktyczną, naukową i ogromnymi zadaniami usługowo-leczniczymi wymaga dysponowania odpowiednią liczebnie i fachowo kadrą. Tę rolę w decydującym zakresie spełniają pracownicy naukowo-dydaktyczni zatrudnieni na stanowiskach adiunktów - grupa pracownicza w swojej ogromnej większości przygotowana do kompetentnego wywiązywania się ze wszystkich zadań, jakie ma do spełnienia wyższa uczelnia medyczna. Odnośnie tej grupy pracowników statut AMG zawiera, w paragrafie 87, zapis: Okres zatrudnienia na stanowisku adiunkta ... nie powinien przekraczać dziewięciu lat. W szczególnych wypadkach uzasadnionych interesem Akademii, rektor na wniosek kierownika jednostki organizacyjnej może przedłużyć zatrudnienie na stanowisku adiunkta na kolejne 3-letnie okresy ... pod warunkiem pozytywnych opinii Komisji Spraw Nauczycieli Akademickich za cały okres zatrudnienia w Akademii. Czy w każdym przypadku korzystania z tego zapisu zostają spełniane warunki, o których mowa wyżej? Interesem uczelni wyższej jest stały jej rozwój, który może dokonywać się poprzez zwiększenie zadań dydaktycznych i osiągnięcia naukowe. Czy zatem rezygnować z przeciążonych obowiązkami usługowymi adiunktów, których osiągnięcia naukowe nie przyczyniają się do rozwoju Uczelni? Na pewno nie! Znacząca część tych pracowników może i powinna zdobyć stopień doktora habilitowanego. Ustawodawca dokonując rozgraniczenia nauczycieli akademickich na grupę pracowników naukowo-dydaktycznych i dydaktycznych ustanowił w tej ostatniej stanowiska wykładowcy i starszego wykładowcy, których zadania zawierają się w wypełnianiu obowiązków dydaktycznych. Jest więc dobre miejsce dla dalszego „zatrzymania" w Uczelni nieodzownego dla działalności usługowej i dydaktycznej adiunkta. Z możliwości tych korzysta się u nas w zbyt małym zakresie. Rozważne zwalnianie stanowisk adiunkta, bez istotnego uszczerbku dla statusu materialnego i prestiżu społecznego poprzez m.in. przeniesienie do grupy pracowników dydaktycznych stworzyłoby możliwości szerszego zatrudniania większej liczby ludzi młodych, dobrze rokujących, z aspiracjami naukowymi. Obecna sytuacja na rynku pracy w ośrodkach akademickich dla absolwentów wydziałów lekarskich wydaje się temu sprzyjać. Tak więc próbując odpowiedzieć na pytanie: jak dążyć do zwiększania liczby pracowników z tytułem profesora nasuwa się jedna z możliwych odpowiedzi: rekrutować szerzej, stwarzać warunki dla uzyskiwania stopnia doktora habilitowanego tak, by ciężar odpowiedzialności za przyszłość naszej Uczelni (jeżeli ma on być mierzony liczbą profesorów „tytularnych) rozłożyć także na inne grupy pracownicze. Z ostatniego posiedzenia Rady Wydziału Lekarskiego, które odbyło się już po napisaniu niniejszego artykułu, bezspornie wynika, że niemal wszyscy kandydaci opiniowani w związku z przedłużeniem zatrudnienia na stanowisku profesora nadzwyczajnego na czas nieokreślony już teraz spełniają kryteria uzyskania tytułu profesora. Sądzić należy, że ta sprzyjająca sytuacja zostanie wykorzystana w najbliższej przyszłości. Wdrożenie procedury ubiegania się o tytuł naukowy tych osób - od zaraz - przy życzliwej zachęcie Władz, a także ewentualne wdrożenie proponowanych działań stwarza duże szanse na poprawę obecnej sytuacji i pozwala na umiarkowany optymizm na przyszłość.

Autorowi artykułu towarzyszy świadomość złożoności zagadnienia, zaś w rozważaniach celowo pominięto, wymagającą rozważnych decyzji, kwestię limitowania poszczególnych stanowisk nauczycieli akademickich w skali Uczelni.

Dzienne Studium Doktoranckie Akademii Medycznej w Gdańsku

Dzienne Studium Doktoranckie przy AMG zostało utworzone w 1993 r. i obecnie liczy 12 słuchaczy - 10 płatnych z funduszu AMG oraz dwie osoby otrzymujące stypendium Rady Wydziału Lekarskiego, przeznaczone dla lekarzy pochodzenia polskiego, żyjących w krajach powstałych w wyniku rozpadu ZSRR. Nie ukrywam, że Studium powstało i działa z wieloma trudnościami, głównie natury finansowej oraz organizacyjnej. Nowy regulamin, który został zatwierdzony przez JM Rektora 10 czerwca 1997 r. powstał z myślą o usprawnieniu funkcjonowania Studium i opiera się o własne doświadczenia, jak i innych akademii medycznych w kraju. Pragnę podkreślić, że Studium Doktoranckie jest przeznaczone dla najzdolniejszych absolwentów wyższych uczelni, głównie AMG. Punktowy system kwalifikacji uwzględnia oceny, stopień znajomości języków obcych, otrzymane nagrody oraz publikacje każdego kandydata. Zasady tego systemu oraz program Studium znajdują się do wglądu w Dziale Nauki AMG oraz w Bibliotece Głównej AMG, w Czytelni Czasopism. W tym roku akademickim przyjętych zostanie w wyniku konkursu 10 nowych kandydatów, a więc liczba słuchaczy podwoi się. Mam nadzieję, że ta tendencja wzrostowa będzie utrzymana w latach następnych.

przewodniczący Dziennego
Studium Doktoranckiego AMG
prof. Janusz Limon

Studium Doktoranckie ogłasza konkurs

Akademia Medyczna w Gdańsku
informuje, że Studium Doktoranckie ogłasza konkurs na dziesięć miejsc na Wydziałach:

Studia doktoranckie trwają 4 lata (8 semestrów) i prowadzone są jako studia dzienne. Termin składania wniosków o przyjęcie na studia upływa z dniem 5 września 1997 roku.

Szczegółowy program oraz regulamin studiów doktoranckich znajduje się w Dziale Nauki Akademii Medycznej przy ul. M. Skłodowskiej-Curie 3a tel. 32-49-92.

List od Podsekretarza Stanu w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej

Podsekretarz Stanu w Ministerstwie
Zdrowia i Opieki Społecznej
Warszawa 6.06.1997 r.

Pan
Prof. dr hab. Zdzisław Wajda
Rektor Akademii Medycznej
w Gdańsku

Szanowny Panie Rektorze,
Dziękuję za przekazanie mi stanowiska Senatu AM w Gdańsku popierającego postulaty płacowe środowiska gdańskich anestezjologów. Pragnę zarazem wyrazić pogląd, że stanowisko to nie ma mocy stanowiącej, ponieważ: a) uczelnia nie zatrudnia lekarzy anstezjologów, lecz nauczycieli akademickich, których prawa i obowiązki reguluje ustawa o szkolnictwie wyższym, a zasady wynagradzania - nie minister Zdrowia i Opieki Społecznej, lecz minister Edukacji Narodowej; b) nauczyciele akademiccy posiadający prawo wykonywania zawodu medycznego (w tym anestezjologa), świadczą usługi medyczne na rzecz zakładów opieki zdrowotnej, za co - zgodnie z rozporządzeniem MZiOS z dnia 11 kwietnia 1991 r. (Dz.U. Nr 36, poz. 160) - otrzymują wynagrodzenie ryczałtowe. Nauczyciele ci nie wchodzą w stosunek pracy (jeżeli obowiązek świadczenia usług medycznych jest prawidłowo realizowany) ze szpitalem, korzystającym z ich usług. Zatem stanowisko Senatu AM traktuję jako deklarację poparcia dla postulatów anestezjologów. Pragnę jednocześnie przypomnieć, że pismem z dnia 23.04 br. Minister Zdrowia zwrócił się m.in. do rektorów uczelni medycznych i dyrektorów szpitali klinicznych z wnioskiem o pilne podjęcie działań służących poprawie sytuacji płacowej lekarzy anestezjologów; okolicznością sprzyjającą takim działaniom było wprowadzenie z dniem 1.04. br. podwyżki wynagrodzeń pracowników publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Byłbym wdzięczny, gdyby Pan Rektor poinformował mnie o skutkach tych działań na terenie szpitali klinicznych w Gdańsku.
Z wyrazami szacunku

Podsekretarz Stanu
Krzysztof Kuszewski

Katedra i Zakład Medycyny Rodzinnej ogłasza nabór na 3-letnie szkolenie specjalizacyjne

Katedra i Zakład Medycyny Rodzinnej ogłasza nabór na 3-letnie szkolenie specjalizacyjne w zakresie medycyny rodzinnej trybem rezydenckim.

Szkolenie przeznaczone jest dla lekarzy z zaliczonym stażem podyplomowym i zaczyna się 24 listopada 1997 r. Organizatorzy szkolenia przewidują w połowie listopada wstępny egzamin teoretyczny z zakresu chorób wewnętrznych i chorób dzieci oraz rozmowę kwalifikacyjną. Termin egzaminu - w październiku.

Kandydaci proszeni są o złożenie w Katedrze następujących dokumentów:

Dokumenty należy składać pod adresem:
Regionalny Ośrodek Kształcenia Lekarzy Rodzinnych 
przy Katedrze i Zakładzie Medycyny Rodzinnej AMG, 
80-211 Gdańsk, ul. Dębinki 2 
Informacji udziela Katedra i Zakład Medycyny Rodzinnej tel. 314-313, 478-222 wew. 15-07. Termin składania dokumentów upływa 30 października 1997.

Spotkanie absolwentów rocznika 1947-1952

prof. Irena Jabłońska-Kaszewska

Z okazji 45-lecia ABSOLUTORIUM na jubileuszowy Zjazd absolwentów naszej Uczelni w dniu 24 maja br. przybyło nas siedemdziesięcioro. Spotkaliśmy się przed Rektoratem o godz. 10.00, gdzie powitał nas serdecznie nasz kolega, Rektor Zdzisław Wajda i zaprosił na kawę „na rektorskie pokoje". Było co niemiara radości i śmiechu, ponieważ nie wszyscy się poznawaliśmy i dużo serdeczności, gdyż wszyscy cieszyliśmy się ze spotkania. Wpisaliśmy się też do wielkiej pamiątkowej księgi Pana Rektora.
O godz. 11.00 przeszliśmy do kościoła oo. pallotynów pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, gdzie metropolita gdański, ksiądz arcybiskup Tadeusz Gocłowski odprawił uroczystą mszę św. w naszej intencji. Piękne i głębokie słowa ks. arcybiskupa wielu z nas serdecznie wzruszyły.
Stamtąd udaliśmy się do sali wykładowej im. Ludwika Rydygiera na spotkanie koleżeńskie. Uczestników przywitał starosta roku prof. Konstanty Leonowicz, który w imieniu zebranych kolegów podziękował komitetowi organizacyjnemu, a zwłaszcza dr Steni Pędzierskiej za zorganizowanie naszego spotkania. Zebrani oklaskami poparli jego wypowiedź. Następnie poprosił prof. Irenę Jabłońską-Kaszewską o „garść wspomnień z tamtych lat", po czym kontynuowaliśmy wspomnienia, m.in. kolega Lesław Łaba przypomniał, że na nasz rok została przyjęta znacząca grupa studentów, którzy zdali egzamin w poprzednim roku i ze względu na brak miejsc zostali na rok skierowani na studia do Torunia. Potem wspólne zdjęcie i rozeszliśmy się grupkami, by spotkać się po południu w Grand Hotelu na wspólnym obiedzie. Niektórzy zdążyli jeszcze wpaść na cmentarz i zapalić świeczkę na grobach Kolegów i Profesorów.
W czasie obiadu trwały dalsze rozmowy o naszym obecnym życiu, kłopotach i radościach. Cieszyliśmy się naszym spotkaniem, żartowaliśmy, niektórzy nawet tańczyli. Po tych 50 latach staliśmy się sobie bliżsi, w każdym razie, jesteśmy w stosunku do siebie bardziej serdeczni.
Myślałam, że będzie to nasze ostatnie spotkanie - tymczasem powiedzieliśmy sobie - DO WIDZENIA!

Kochani, Koleżanki i Koledzy,
Cieszę się ogromnie, że spotkaliśmy się tak licznie w naszej Alma Mater w 50. rocznicę rozpoczęcia przez nas studiów; to nieprawdopodobne, że tak szybko minęło pół wieku. Od naszego poprzedniego spotkania minęło już 5 lat. Na pamiątkowym zdjęciu naliczyłam 77 osób. Wówczas mówiliśmy o tym, że na pielgrzymim szlaku wyprzedziło nas 40 osób, przesunęły się przed naszymi oczyma twarze lubianych, a wielokrotnie bliskich nam kolegów, Zbyszka Cembrzyńskiego, Zbyszka Wilczyńskiego, Wali Polakówny, Inka Wieloszewskiego, Józia Soroki, Mirona Łukowicza, Andrzeja Beistera i wielu, wielu innych. Dzisiaj wiemy, że odeszło od nas dalszych 17 kolegów. Na zawał zmarł Leszek Mazalon, w wypadku samochodowym zginął Bernard Kulaszewski, w czasie infekcji grypowej zmarł Ignacy Wośko, prof. ortopedii w Lublinie, nowotwór płuc przyczynił się do śmierci Artura Kwaczyńskiego, Żona powiadomiła Stenię o śmierci przed dwoma laty Leszka Panerta i lekarza społecznika Wacława Kurnikowskiego. Nie ma wśród nas Hanki Manczarskiej, Ewy Ćwiertniewicz, Irki Jaworskiej i wielu innych kolegów, których tu nie wymieniłam. Odeszli od nas prawie wszyscy nasi Profesorowie. Wybaczcie, że zaczęłam od takich smutnych zdarzeń, uważam jednak, że jesteśmy naszym Kolegom winni wspomnienie, dlatego proszę o powstanie i uczczenie pamięci naszych Kolegów i Profesorów chwilą skupienia. A my, my niezależnie od naszych indywidualnych losów, o których opowiemy sobie później, możemy mieć wielką satysfakcję, że żyliśmy w bardzo ciekawych czasach, że na naszych oczach zmieniał się świat. Wszyscy urodziliśmy się przed wojną, w wolnej, niepodległej Polsce, dlatego może bardziej niż inni pamiętamy, że „Polska to wielka rzecz". Pochodziliśmy z różnych stron Polski, wielu z nas zostało pozbawionych Ojczyzny na wschodzie, różne były nasze dzieje i losy. Byli wśród nas konspiracyjni harcerze, żołnierze AK, partyzanci, ci z Gór Świętokrzyskich i ci z Wileńszczyzny, i z Wołynia, którzy wrócili z łagrów rosyjskich oraz ci, którzy w biedzie i nędzy przeżyli okupację. Byli też zdemobilizowani wojskowi z polskich armii na wschodzie i zachodzie. Wszyscy byliśmy poranieni i biedni. Różny był nasz stopień wykształcenia, niektórzy mieli ten komfort, że mogli uczyć się na kompletach, inni kończyli szkołę średnią na tzw. „semestrach", jeszcze inni dawno nie zaglądali do książki. Dlatego po wojnie, jakkolwiek było biednie i wielu z nas miało pełne rozeznanie co do sytuacji Polski, byliśmy pełni entuzjazmu dla odbudowy naszego kraju, chcieliśmy się wreszcie uczyć i nadrobić czas stracony w czasie okupacji. Pozwólcie, że trochę powspominam. Zdaje mi się, że niedawno staliśmy przed Dziekanatem i wyszukiwaliśmy na tablicy wśród osób przyjętych na Akademię Lekarską, bo tak się wówczas nazywała nasza Uczelnia, swoich nazwisk. Rozpoczęliśmy studia. Jako pierwszą zdawaliśmy osteologię, a potem histologię zdobywając ostrogi studenta. Fizykę odrabialiśmy na Farmacji, tam łączyliśmy mostek Wheatstone’a i uczyliśmy się akustyki na takim dużym modelu ucha. Pamiętacie pierwsze egzaminy? Z histologii odbywał się w sali Zakładów Teoretycznych, trzeba było opisać preparaty, które każdy miał w teczce i rozpoznać w mikroskopach stojących na podium, jaki to narząd. Pamiętam, było jakieś straszne zamieszanie, ktoś rozpoznał śliniankę zamiast języka i wszyscy to powtarzali. Najtrudniejsze były egzaminy po drugim roku - z chemii fizjologicznej u prof. Włodzimierza Mozołowskiego i z anatomii u prof. Michała Reichera. Obydwaj profesorowie to wielkie indywidualności, pamiętam ich sylwetki w unrowskich kurtkach, byli bardzo skromni lecz wielcy duchem i swą wiedzą, godną swą postawą, dbali zawsze o dobro Zakładu i odpowiednio wysoki poziom nauczania. A pamiętacie, kto uczył nas fizjologii? Odszukałam stary nieco spłowiały, zielonkawy indeks, który nazywał się wówczas „Książeczką legitymacyjną" i dowiedziałam się, że był to dr Adam Kulczycki, natomiast ćwiczenia i frekwencję zaliczał nam prof. Pautsch, którego zamaszysty podpis widnieje w IV, V, VI trymestrze, tak, bo do końca III roku zaliczyliśmy 9 trymestrów. Dopiero od IV roku uczyliśmy się systemem semestralnym. A potem III rok, anatomia patologiczna i „Dziadek", tak bliski nam prof. Wilhelm Czarnocki, który nie tylko uczył, jakie straszne zmiany w organizmie ludzkim może wywołać choroba, lecz wychowywał i uczył dobrych manier. W Zakładzie najważniejszą osobą po Profesorze była ówczesna adiunkt Bojowa, znakomity organizator i świetny histopatolog. Na tym roku rozpoczęły się pierwsze zajęcia kliniczne - z propedeutyki medycyny, początkowo w Szpitalu Wojewódzkim uczyła nas prawidłowo badać dr Trenkner, a potem w klinice przy ul. Łąkowej prof. Jakub Penson, na znakomitych wykładach przekazywał wiedzę i własne, bogate doświadczenie lekarskie. Zajęcia z chirurgii ogólnej odbywały się u prof. Zdzisława Kieturakisa, profesora o ruchliwej twarzy, w okularach w złotej oprawie, nerwowych ruchach szczupłych rąk, bardzo precyzyjnych, nazywanych złotymi. Czuliśmy się już prawie lekarzami. A pamiętacie prof. Zakrzewskiego, wykładowcę o fascynujących oczach i eleganckiego prof. Ksawerego Rowińskiego, który już na trzecim roku wprowadzał nas w tajniki radiologii? No i najtrudniejszy przedmiot na III roku farmakologia i toksykologia, którą wykładał dojeżdżający prof. Jan Teuchmann; widocznie jednak nie była taka straszna, skoro jeden z naszych kolegów ją sobie ukochał i został nawet profesorem farmakologii. Chociaż studia były bezpłatne trzeba było z czegoś żyć, część z nas więc pracowała, „chłopcy" w porcie, często nocą, a poza tym jeździliśmy na tzw. „szczury". Był to znaczny zastrzyk gotówki, który umożliwiał dalsze studia lub kupienie jakiegoś ubrania. Te grupy, które były w Poznaniu, pamiętają, jak to pracowaliśmy we dnie, a wieczorami przemienialiśmy się z kopciuszków w księżniczki i królewiczów i chodziliśmy do opery, a wracając śpiewaliśmy wyjątki z „Carmen": „Bo miłość to cygańskie dziecię ...". Umieliśmy się bawić i cieszyć; pamiętacie wieczorki w Tivoli lub w Bratniaku na Polibudzie?, a Bale Medyków czy Stomatologów na Farmacji? Miałyśmy sukienki z podszewki lub z Unry, a czułyśmy się jak księżniczki. Myślę, że większość z nas nigdy już tak często nie chodziła na koncerty do Filharmonii jak w czasie studiów. Często po zajęciach popołudniowych wsiadaliśmy do tramwaju i jechaliśmy wprost na koncert. Potem przyszły lata 1949/50, likwidacja Bratniaka, nakazy pracy i inne szykany. Pamiętam, jak baliśmy się o Olgę Krzyżanowską i jak w czasie „internatu" na Położnictwie przyszli ciemni panowie i zabrali Marysię Wszelaczyńską, nie pozwolili jej nawet wrócić po rzeczy osobiste. To były trudne lata. Nawet się nie obejrzeliśmy, gdy byliśmy po tzw. pół-dyplomie na IV roku. Rok IV - to już poważna medycyna. Królowa nauk medycznych - interna. Interna to prof. Marian Górski i jego niezapomniane wykłady, zwłaszcza z hematologii, z których notatki koledzy przechowywali przez wiele lat. To on wprowadził nowoczesne wówczas badania biochemiczne do diagnostyki chorób wewnętrznych. Chirurgii uczył nas przez jeden semestr prof. Stanisław Nowicki, nauczyliśmy się wówczas, że talk to łojek, a rzepka nie balotuje lecz pluszcze. W następnym semestrze zajęcia prowadził przybyły z polskiego szpitala wojskowego w Szkocji prof. Kazimierz Dębicki, który w Gdańsku, a właściwie w Polsce zapoczątkował nowoczesną torako- i kardiochirurgię, a przy tym był niesłychanie dobrym człowiekiem. Położnictwo i ginekologię wykładał nam jeszcze „senior" prof. Henryk Gromadzki, jednak główną postacią w tej klinice był doc. Roszkowski, to jego „cichochody" wykrywały śpiących studentów w czasie „internatu", to on dbał o odpowiedni poziom naszej wiedzy. Wspomagała go w tym dzielnie bardzo przez nas wszystkich lubiana i szanowana pani Leonowiczowa. Gruźlicy uczył nas prof. Michał Telatycki, ale tak naprawdę to opiekowała się nami dr Bilowicka i dr Niepokójczycka. Był to ważny przedmiot, gdyż wielu z nas chorowało wówczas na gruźlicę lub przechodziło wiraż tuberkulinowy. Skórę i wenerologię, która krótko po wojnie stanowiła wielki problem, zdawaliśmy u prof. Tadeusza Pawlasa, naszego pierwszego Dziekana. Pamiętam, jak zapytał mnie na egzaminie m.in. jak się leczy łysinę; gdy wymieniłam wszystkie znane mi leki, powiedział z uśmiechem: „czy myśli Pani, że siedziałbym tu taki łysy, gdyby to pomagało?". Neurologię wykładał nam w VII semestrze prof. Władysław Jakimowicz, a w następnym doc. Zofia Majewska. U niej też zdawaliśmy egzamin. Stworzyła w Gdańsku neurologię dziecięcą. Higieny, organizacji i ochrony zdrowia uczył nas prof. Walerian Bogusławski; z tych zajęć, poza liczbą punktów świetlnych, których oczywiście nie pamiętam, najbardziej przydała mi się statystyka. Na IV roku zaczęły się również zajęcia z pediatrii z prof. Henrykiem Brokmanem, który nie wierzył w przeciągi i wymagał od nas składu mieszanek niemowlęcych. Był pediatrą wielkiej klasy, a jego pies - Perełka - był niemal tak sławny jak Puzon Jerzego Waldorffa i miał prawo wstępu do „Łazienek". Nie pamiętam, czy było to na IV czy na V roku, mieliśmy wówczas popołudniowe dyżury na oddziale dziecięcym i wstrzykiwaliśmy dzieciom chorym na gruźlicze zapalenie opon mózgowych 2 razy dziennie dokanałowo streptomycynę, to było straszne. Jakie to szczęście, że „ta straszna zaraza zniknęła z oblicza ziemi". I tak zbliżył się rok ostatni, dyplomowy, na którym dowiedzieliśmy się w styczniu, że do końca roku powinniśmy zdać egzaminy dyplomowe. Zaczęło się czyste szaleństwo nauki. Trzeba było zdać egzaminy z przedmiotów, które rozpoczęły się na roku IV, a kończyły się na V, jak położnictwo i ginekologia, chirurgia, choroby dzieci i choroby wewnętrzne, które na tym roku prowadził prof. Stanisław Wszelaki. Profesor odznaczał się szczególnie pięknym sposobem wysławiania się i prowadzenia wykładu. Ponadto doszły nowe przedmioty. Chorób zakaźnych uczył nas prof. Wiktor Bincer, który mówił bardzo mądrze, jednak cicho, a przy tym przez cały czas wykładu chodził. Tylko Genia Rojszykowa wytrzymywała na wszystkich wykładach, dlatego jej notatki były na wagę złota. Wykładami z psychiatrii, które prowadził prof. Tadeusz Bilikiewicz, zachwyceni byli wszyscy, zwłaszcza dziewczęta. Zajęcia z okulistyki były na bardzo wysokim poziomie, a prof. Ignacy Abramowicz cieszył się międzynarodową sławą. Znany jest anegdotyczny fakt, który miał miejsce w czasie pobytu Profesora przed wojną w Szwecji. Do szwedzkiego profesora przyjechał jakiś dygnitarz z Polski na operację oka, ten obejrzawszy pacjenta powiedział: „ma pan duże szczęście, bo właśnie gości u nas najlepszy operator prof. Abramowicz". Jednym z najtrudniejszych egzaminów był egzamin z laryngologii u prof. Jarosława Iwaszkiewicza. Trzeba było przedmiot opanować nie tylko teoretycznie lecz praktycznie zbadać chorego i postawić rozpoznanie. Pamiętam jak profesor przerwał egzamin studentowi, który miał zbadać krtań i powiedział „kolego, nic panu nie pomoże, nie podciągnie się pan nawet na języku pacjenta". Należało jeszcze zaliczyć raczkującą w owym czasie ortopedię i chirurgię dziecięcą u doc. Alojzego Maciejewskiego. No i w końcu z liczących się przedmiotów trzeba było zdać egzamin z ciekawej medycyny sądowej, którą wykładał w niezwykle kulturalny sposób, opiekun naszego roku i ojciec naszej koleżanki prof. Stanisław Manczarski. Nie wiem, czy pamiętacie, że mieliśmy również stomatologię z prof. Henrykiem Kanią. A poza tym, mało ważne ale utrudniające życie: zagadnienia ustrojowe Polski współczesnej z mgr Olgą Barniczową oraz wyszkolenie z zakresu medycyny wojskowej z mjr. dr. Leopoldem Haakiem. Potem absolutorium i bal w Tivoli - i jakby uczucie pustki - zaczęło się normalne, dorosłe życie. Pomijając naszą pracę zawodową, która większość z nas fascynowała i dawała pełną satysfakcję - bo przecież jest to zawód wyjątkowy, w którym czujemy się bezpośrednio potrzebni ludziom - uczestniczyliśmy lub byliśmy świadkami wielkich spraw, które miały miejsce w następnym 45-leciu. Już jako lekarze przeżyliśmy całą epopeję walki narodu o wolną Polskę, a więc rok 1956 i wiec przed Politechniką, potem był rok 1968, bezowocny zryw inteligencji. I rok 1970, czołgi na ulicach Gdańska, ranni i zabici, a następnie Radom 1976 i wreszcie ten niepowtarzalny w skali świata zryw robotniczy poparty przez inteligencję, jakim była SOLIDARNOŚĆ, która „zmieniła oblicze ziemi", a na pewno Europy. Żyliśmy w ciekawych czasach. Na naszych oczach został zbudowany i rozpadł się mur berliński. Przekreślony został, myślę trwale, układ jałtański. Postęp, który dokonał się w dziedzinie techniki, a zwłaszcza informatyki i łączności sprawił, że człowiek nie tylko stanął na Księżycu lecz lata w kosmos i buduje stacje orbitalne, a także wysyła sondy kosmiczne w okolice planet układu słonecznego, zdobywając coraz to więcej wiadomości o wszechświecie. Nowoczesny system łączności zbliżył do siebie kraje, kontynenty i spowodował, że można się w ciągu kilku sekund porozumieć przy pomocy faxu i poczty elektronicznej z całym światem. Poprzez Internet mamy dostęp do najnowszych informacji ze wszystkich dziedzin wiedzy, w tym i medycyny. I rzeczywiście w medycynie dokonał się w ciągu ostatnich 5 lat bardzo duży postęp, największy w biologii molekularnej i genetyce. Umożliwia to ustalenie miejsca i charakteru uszkodzeń genetycznych wielu chorób genetycznych, a w przyszłości terapię genową. Być może taki też będzie kierunek leczenia nowotworów, gdyż znaleziono gen proliferacji, a raczej białko anty-onkogenu P53. Wykryto też gen apoptozy P52. Poza znanymi coraz liczniejszymi wirusami, wykryto mutanty wirusów, których zjadliwość jest niekiedy większa niż wirusa dzikiego. Spowodowano, że drożdże i bakterie produkują rekombinowaną erytropoetynę, antyplazminę czy interferon. Dzięki technikom wizualnym i endoskopowym rozwinęła się cała nowa gałąź chirurgii endoskopowej. Weszły w użycie stenty, stosuje się TIPSy. Nie będę wymieniała dalszych osiągnięć medycyny, gdyż mają one miejsce w każdej specjalności lekarskiej, chcę jednak wspomnieć, że postęp medycyny przyczynił się również w naszym kraju do rozwoju transplantologii. Doznaliśmy również niepowodzeń. Nadal nie potrafimy skutecznie leczyć wielu chorób wirusowych z AIDS na czele. Zawsze jeszcze giną nam chorzy na choroby układu krążenia, a prawdziwą klęskę stanowią nowotwory, które wykrywane są zwykle zbyt późno. Z postępem medycyny wiążą się nowe problemy bioetyczne, które trzeba będzie rozwiązać. Tymczasem my cieszmy się naszym spotkaniem, tym, że jesteśmy razem w to piękne wiosenne przedpołudnie, cieszmy się tym, że mieliśmy to szczęście przeżyć wybór Polaka na Papieża, cieszmy się, że teraz, za parę dni jeszcze raz przywitamy w kraju Ojca Świętego Jana Pawła II, najznakomitszego Polaka w ciągu tysiąclecia. A gdy na przełomie wieków wybije godzina dwunasta, wspomnijmy z przyjaźnią i serdecznością tysiącletni Gdańsk, naszą Alma Mater, Kolegów i Profesorów, i te ciekawe czasy, które Pan Bóg pozwolił nam przeżyć.

Przeczytane

Twórczość w sztuce

.... Twórczość jest przejawem instynktu życia.
..... Instynkt tworzenia - to wspaniały dar natury potęgujący świadomość istnienia.
... Udane dzieło - to twór szczęśliwej chwili ludzkiego istnienia.
.... Cenne dzieła sztuki były zawsze i powinny zostać dokumentami ludzkich istnień i trwałymi znakami ich bytu. Godne podziwu i uwielbienia są te, które ożywiał instynkt twórczy.
Władysław Lam (ur. 1893)
Profesor Politechniki Gdańskiej

Wyboru myśli dokonał prof. Romuald Sztaba

Laureaci Międzynarodowego Konkursu Dziennikarskiego EUROPY GDAŃSKI KALENDARZ

Konkurs powstał z inicjatywy Gdańskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Komitetu Organizacyjnego Obchodów 1000-lecia Miasta Gdańska. W regulaminie konkursu zaznaczono, że prace powinny być związane tematycznie z Gdańskiem i pokazywać znaczenie Gdańska w dziejach Europy. Założono dowolną formę prac oraz wcześniejsze ich opublikowanie, nagranie lub wyemitowanie. Termin nadsyłania prac upłynął 15 kwietnia br. Na konkurs napłynęło kilkadziesiąt prac, głównie w postaci artykułów prasowych, ale także na kasetach magnetofonowych i na kasetach VHS do emisji telewizyjnej.
Ogółem do konkursu zgłoszono 49 publikacji prasowych (24 autorów), w języku polskim - 43, niemieckim - 4, w rosyjskim - 2. Ponadto nadesłano 11 audycji radiowych - ośmiu autorów oraz 10 programów telewizyjnych - czterech autorów i jeden scenariusz.
Jury w składzie: przewodniczący Edmund Szczesiak - redaktor naczelny Wieczoru Wybrzeża, oraz red. Tadeusz Jabłoński - Gdański Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Andrzej Arent - sekretarz jury, Komitet 1000-lecia, ksiądz Witold Bock - Bazylika Mariacka, red. Joanna Cichocka-Gula - TV Gdańsk, red. Krystyna Kowalczyk - Radio Gdańsk, prof. Edmund Kotarski - Uniwersytet Gdański, prof. Marek Latoszek - Gdańskie Towarzystwo Naukowe, Marek Łochwicki - Video Studio, red. Regina Witkowska - Radio Gdańsk, prof. Edmund Wittbrodt - przewodniczący Rady Programowej Komitetu 1000-lecia.
Jury po kilkakrotnych spotkaniach i dyskusjach Grand Prix oraz nagrodę w wysokości 6000 zł przyznało Andrzejowi Dudzińskiemu za cykl artykułów w Dzienniku Związkowym w Chicago. Nagrodę w kategorii publikacji prasowych otrzymała Barbara Szczepuła z Dziennika Bałtyckiego za opublikowany na łamach gazety artykuł „Wojna i pokój". W kategorii materiału telewizyjnego za najlepszą uznano dokumentalną impresję o Gdańsku Jacka Sarnackiego, z Video Studio Gdańsk. Natomiast w kategorii radiowej nagrodę otrzymał duet: redaktor Anna Pellowska z Dziennika Bałtyckiego i Leszek Szmidtke z Radia Gdańsk za audycję dokumentalną „Sąd przed sądem". We wszystkich trzech kategoriach przyznano nagrody po 3000 zł. Należy jeszcze wspomnieć o wyróżnieniach w wysokości 1000 zł w każdej z powyższych kategorii. Otrzymali je: Jarosław Kurski za artykuł w Gazecie Wyborczej „Gdańsk odnaleziony", Joanna Strzemieczna-Wielczyk z TV Gdańsk za reportaż telewizyjny „Powroty", oraz Joanna Matuszewska z Radia Gdańsk za audycję radiową „Dziedzictwo".
Dodajmy, że wśród zgłoszonych na konkurs prac znalazły się także teksty Antoniego Kozłowskiego z cyklu „Eskulap nad Motławą - medycyna w dawnym Gdańsku", opublikowane w Gazecie Morskiej w br. oraz teksty naszego współpracownika i kolegi z Uczelni Aleksandra Drygasa z cyklu dotyczącego gdańskiego aptekarstwa.

prof. Marek Latoszek

Wspomnienia z czasów wojny, cz. V

prof. Stanisław Zawistowski

Daliśmy temu wiarę, tym bardziej, że potwierdziła się wiadomość o aresztowaniu naszych dowódców. Było nas dziesięciu, ale teraz rozproszyliśmy się, w pojedynkę zawsze bezpieczniej, niż iść kupą. Odtąd przemykaliśmy z Jankiem polnymi drogami chowając się w krzakach na widok żołnierzy, czy samochodów sowieckich. Głodni, zmęczeni maszerowaliśmy tak dwa dni, choć normalnie można było przebyć tę niewielką odległość w 12 godzin. Wreszcie ostatniego dnia lipca, o ile mnie pamięć nie myli, podeszliśmy pod Wilno. Ale wkraczając do Lipówki (na przedmieściu tym znajdowała się dawniej radiostacja) zagrodziło nam drogę dwóch czubaryków z bagnetami. (Czubarykami nazywaliśmy sowieckich łapaczy). - „Wy dokąd?" - „Do pracy" - odpowiadamy. - „A gdzie?" Wylegitymowaliśmy się. Na szczęście nasze papierki im wystarczyły, zostaliśmy przepuszczeni. Dopiero w domu doszliśmy jakoś do siebie.
Właściwie zrobiliśmy wtedy błąd uciekając. Ale któż mógł wiedzieć!? Czy w czasie wojny można cokolwiek przewidzieć? Zwłaszcza gdy się ma na karku dwóch wrogów? Otóż ci, którzy nie zdążyli z tego zgrupowania wycofać się, zostali istotnie aresztowani, a następnie internowani w Kałudze, dokąd zagnano zresztą naszych partyzantów z różnych rejonów. Potraktowano ich jednak jak wojskowych, a po niecałych dwóch latach zwolniono i odstawiono do granicy Polski. (Nie mówiąc już o tym, że pozostając w Austrii, mógłbym dostać się na zachód, albo zostać do czasu w samej Austrii.) Wróćmy jednak do Wilna. Postanowiliśmy z Jankiem podjąć ponownie pracę w Straży, tym bardziej, że już tam pytano o nas. Był sierpień, Warszawa walczyła, a myśmy nie mogli z siebie nic dać. Obijaliśmy się bezproduktywnie, nawet nie pracowaliśmy jak trzeba, bo wszędzie panował przez dłuższy czas bałagan. To było tylko dobre, że Straż Pożarna należała do tych instytucji, które ze względu na charakter pracy (np. kolej, fabryki, itp.) dawały swym pracownikom pewne zabezpieczenie przed wcieleniem do wojska i częściowo aresztowaniem. Dlatego to naczelnik Straży przyjmował do pracy zagrożonych Litwinów. A właśnie wtedy wyszedł nakaz mobilizacyjny obywateli Związku Radzieckiego, zaś w pierwszym rzucie Litwinów. Pracowałem jako buchalter, choć na buchalterii wcale się nie znałem, potrafiłem tylko sporządzić listę płacy. Miałem dwóch pomocników, którzy jeszcze mniej umieli, ale przewyższali mnie sprytem. Nasz pokój znajdował się na przejściu do gabinetu dyrektora. Toteż każdy interesant trafiał najpierw do nas i przedkładał petycję sądząc, że jesteśmy tu ci najważniejsi. Najczęściej popierał ją daniną w naturze, którą moi cwaniacy łaskawie przyjmowali. Ale prawdziwa transakcja odbywała się dalej, w gabinecie naczelnika. Ten ogromnie się wzbogacił zgarniając duże pieniądze (wiem nawet o złotych rublach) w zamian za przyjęcie do pracy w Straży Ogniowej zagrożonego mobilizacją jakiegoś synka i wydanie zbawiennego zaświadczenia pracy. Wytworzyła się paradoksalna sytuacja: na sto przysługujących nam etatów było z tysiąc pracowników i tyleż figurowało na liście płacy. Żeby było śmieszniej, oni nie tylko nie pracowali, ale i nie odbierali pensji. A więc całkowita fikcja. Myślę, że tylko w takim systemie, gdzie wszystko jest postawione na głowie, mogło się to utrzymać. Tak więc na koncie Straży było kilka tysięcy rubli. Te pieniądze leżały, bowiem ich właściciele po prostu znikli. Można było podpisać się jakimkolwiek nazwiskiem z listy i pójść do kasy. Zaś kasa w osobie naszego kolegi, nie pytając o nic, wypłacała. Tak robiliśmy, gdy ktoś z nas był w potrzebie. Zakładaliśmy, że jeśli przypadkiem właściciel użytego przez nas nazwiska zgłosi się, pokryjemy z własnej kieszeni. Ale nikt nigdy nawet nie pojawił się. Pod koniec roku życie zaczęło się jakoś normalizować, ale w mieście działo się źle. Codziennie dowiadywaliśmy się o nowych aresztowaniach i, co było bardzo niebezpieczne, o pojawieniu się dużej liczby konfidentów różnych nacji oraz prowokatorów. NKWD miało dokładne rozpoznanie o każdym, co do którego był choć cień podejrzenia o nielojalność, a i bez podejrzeń zatrzymywano w myśl słynnego hasła: grunt człowiek, a materiał sam napłynie. Przychodzili najczęściej nocą, robili rewizję w mieszkaniu i zabierali całą rodzinę do więzienia, a potem różnie - najczęściej na wschód. Chociaż były wypadki, że starych członków takiej rodziny po kilku miesiącach wypuszczano. A w mieszkaniu zakładano „kocioł". Metoda szeroko stosowana, jak wiadomo, również przez Niemców. Inny sposób, to zabieranie ludzi z ulicy. Taki sobie niepokaźny cywil sprawdza dokumenty, ale już ich nie oddaje. Od tej chwili człowiek jest aresztowany. Jeśli potem, w KGB pyta: za co?, słyszy, iż jest zatrzymany do wyjaśnienia. Więc znów pyta: na jak długo? i otrzymuje odpowiedź - od 24 godzin do 24 lat. Niezmiennie wynosi to więcej niż 24 godziny. Ja sam byłem zatrzymany na ulicy i przeżyłem chwilę paniki. Lecz zaświadczenie pracy ze Straży Pożarnej tym razem mnie jeszcze wyratowało. Wypadek ten pozwolił ufać, że o mnie i Janku nic nie wiedzą i że jakoś przetrwamy do końca wojny, co wpłynęło dodatnio na samopoczucie. Także i sytuacja ekonomiczna naszej rodziny stała się niespodziewanie bardzo dobra, a to z powodu nadzwyczaj dziwnego przypadku. Otóż był sobie taki jeden Litwin, były major, który pracował w Straży jeszcze za czasów niemieckich, a mieszkał przy jednym z oddziałów Straży przy ulicy Dominikańskiej, tuż obok byłego magistratu. Budynek ten zajmowała jakaś niemiecka instytucja. Nie było trudno panu majorowi zauważyć, że Niemcy przywożą i magazynują w podziemiach magistratu jakieś duże skrzynie i paki. W czasie końcowych walk w 1944 roku, gdy Niemcy zaczęli się wycofywać, człowiek ów, mimo iż kule jeszcze świstały, zaryzykował i przekradł się do magistrackich piwnic, tak był ciekaw zawartości tajemniczych skrzyń. Okazało się, że są one wypełnione skórzanymi podeszwami do męskich butów. Wziął się do pracy i pod osłoną nocy wyniósł stamtąd kilkadziesiąt worków tego towaru, co stanowiło w tamtych czasach prawdziwy skarb, ogromne pieniądze. Jednak bał się zająć sam sprzedażą tak podejrzanego, bo przecież absolutnie niedostępnego produktu. Spytał po cichu mnie, czy miałbym może jakieś możliwości zbytu, proponując dzielenie dochodu po połowie. Pomogła w tym przedsięwzięciu moja mama, która znała kogoś tam pod halami, gdzie kwitł wówczas najrozmaitszy handelek. Tak więc podeszwy się sprzedawały, dostawałem połowę „zarobku", z tego połowę oddawałem mamie, jeszcze sporo mi zostawało, a cała rodzina miała wszystkiego w bród. Była już późna jesień. W tym czasie powstały dwie znaczące instytucje: Biuro repatriacyjne, gdzie można było zapisywać się na wyjazd do Polski. To było bardzo znamienne, oznaczało, iż Wilno będzie oderwane od Polski. Ale my i wszyscy Polacy nie chcieliśmy, nie mogliśmy przyjąć tego do świadomości i ciągle łudziliśmy się, że po zakończeniu wojny coś się odmieni. Druga instytucja - to punkt werbunkowy do armii Berlinga. Wielu mężczyzn zaciągnęło się wtedy, zwłaszcza ci, którzy mieli powody do obawy o swe życie, jak byli konspiratorzy, partyzanci, itp. Dla nich był to najlepszy sposób ucieczki z Wilna z możliwością dostania się do Polski. Ale akcja ta nie miała oddźwięku w społeczeństwie, ani w żadnym wypadku jego poparcia. Rozumiano powszechnie, że armia ta pozostaje na usługach sowieckiej Rosji, nie może więc być naszą prawdziwą, polską armią. Byłem tego samego zdania i, mimo iż mogłem też mieć obawy co do mej przyszłości, nie zaciągnąłem się. Wprawdzie zwiedziłem z kolegą ów urząd, szybko jednak wycofaliśmy się. W tym czasie przebywali w Wilnie Sztachelski i Jędrychowski. Namawiali inteligencję do wyjazdu do Lublina, by współpracować z powstałym tam, pod egidą Związku Radzieckiego, rządem polskim. Mówili mi o tym moi koledzy gimnazjalni, ci, którzy przyjęli tę propozycję. Ja nie dałem się namówić. Inna rzecz, że stali się oni potem eksponowanymi ludźmi czy to w polityce, czy w nauce. Na przykład Ziemowit Fedecki został znanym rusycystą. Radziwiłowicz był sekretarzem ambasady polskiej w Moskwie. Słyszałem, że wyskakując z tramwaju stracił stopę, wrócił do kraju i jest profesorem polonistyki. A Mieczysław Luft dokonując reformy rolnej na Lubelszczyźnie został zastrzelony przez „kułaków" - tak nazywali komuniści bogatszych chłopów1. Mój dobry kolega, Mieczysław Subotowicz, profesor fizyki na Uniwersytecie Lubelskim, poznał wtedy wielu ludzi (m.in. Ochaba), którzy potem odgrywali wielką rolę w polityce. Ale znowu on i wielu innych w czas się wycofało i każdy poszedł swoją drogą. Któregoś dnia w grudniu wracając z pracy spotkałem koło domu moją siostrę, Zochę, która wybiegła, aby uprzedzić mnie, iż przychodzili Rosjanie, pytali, gdzie jestem, prawdopodobnie chcieli mnie aresztować. Trzeba było oczywiście umykać. Przytulili mnie przyjaciele mego stryja, państwo Niewiadomscy. Niedaleko od nich mieszkał ojca kolega, pan Sienkiewicz, który pracował w tejże samej Straży co ja. Postarałem się spotkać z nim wcześnie rano, by usprawiedliwić mą nieobecność, jako że muszę się ukrywać. Istotnie, spotkałem go i wyjaśniam. A on na to: - „Co ty wygadujesz! To byłem ja z jednym takim, który ubiera się po sowiecku, mieliśmy do ciebie sprawę". Sytuacja się wyjaśniła, odetchnąłem. Po raz drugi. Stanowisko, jakie zajmowałem w Straży zakwalifikowano do wyższych, a ja, automatycznie otrzymałem rangę odpowiadającą podpułkownikowi. W związku z tym dostałem specjalne kartki na posiłki w specjalnej stołówce, w której jadała sama władza - od majora wzwyż. Zupełnie więc przypadkowo odkryłem inny świat, o którym nic nie wiedzieliśmy i nie podejrzewaliśmy, że może istnieć w tak ciężkich, wojennych czasach. Obiad - trzy dania, obfitość mięsa, różne dodatki, przystawki, desery. Śniadanie - gorące bułeczki faszerowane mięsem (w mieście trudno było o szary, czy choćby czarny chleb), kawa z mlekiem, do chleba sery, wędlina, konserwy (zresztą amerykańskie). Rosjanie otrzymywali tam jeszcze wódkę. Jadałem jak król przez miesiąc, dopóki ktoś nie odkrył, iż popełniono omyłkę. Wtedy odstawiono mnie od „korytka" i strącono w dół o kilka klas niżej. Ale to drobiazg. Minęło Boże Narodzenie, a na Sylwestra nasi pracownicy urządzili zabawę w lokalu Straży Ogniowej na Antokolu. Był dobry nastrój, nawet jakieś jedzenie się znalazło. W Nowy Rok poszedłem odwiedzić mego stryja, a ponieważ mieszkał bardzo daleko, zostałem u niego na noc. Drugiego stycznia przychodzę do domu i dowiaduję się ze zgrozą, że w dniu wczorajszym aresztowano Janka. W pierwszym odruchu chciałem uciekać, ale zaraz uświadomiłem sobie, że wtedy zabrano by kogoś z mojej rodziny, może rodziców, a co wtedy zrobią małe jeszcze siostry? Ja jestem młody, więc co ma być, niech będzie. Ubrałem się bardzo ciepło, włożyłem nowe buty i poszedłem do pracy. Tam oświadczyłem wszystkim: - „Dziś mnie wezmą". Śmiano się z mego żartu, ale zanim śmiech ustał, zostałem wezwany do naczelnika. A tam od razu: - „Ręce do góry i pod ścianę". NKWD-zista (był tylko jeden) obmacał mnie i pyta: - „Wiesz, że będziesz dziś zatrzymany?" - „Wiem". Kazano mi coś podpisać i poszliśmy. On z rękami w kieszeniach, aż nadto znać było, że ma tam rewolwer, ale i tak mogłem uciec znając dobrze teren, podwórka i zakamarki. Nie uległem pokusie. W komisariacie wciśnięto mnie do pokoju zapełnionego takimi samymi nieszczęśnikami co ja. Zobaczyłem w tłumie Janka. Pierwsze przesłuchanie u sędziego śledczego wyglądało mniej więcej tak:
- Byłeś w partyzantce?
- Nie, nie byłem.
- Taaak? Więc gdy wszyscy Polacy walczyli o Polskę, ty nie? To znaczy, że jesteś faszystą!
- Nie jestem faszystą, jestem patriotą.
- A, to znaczy, że byłeś w partyzantce.
- Nie, nie byłem.
- A, to byłeś z faszystami, do naszych żołnierzy strzelałeś!
- Nie, nie byłem, nie strzelałem.
On swoje, ja swoje, i tak w kółko. Wreszcie się zdenerwował, chwycił mnie za szyję, okręcił szalik dookoła ręki i podnosząc do góry trząsł mną jak gruszką. Przy tym wrzeszczał:
- Łżesz!!
Potem wyciągnął z szafki protokół zeznań i kazał czytać. Więc przeczytałem, że kolega mój, jeszcze ze szkoły podstawowej, niejaki Franciszek Czesnowicz, wszystkich wydał; wymienił po kolei nasze nazwiska i podpisał się.
- No!
Ja:
- Nie znam żadnego Czesnowicza.
- Nie znasz?!
- Nie, tylko pseudonimy.
- Jaki był twój?
Podałem. Nieprawdziwy:
- Gałąź.
- Więc przyznałeś się, twój brat też tu jest. A teraz dawaj, kogo znasz jeszcze.
Nie było problemu. Zacząłem wymieniać zmyślone pseudonimy - cały zwierzyniec: Miś, Zając, Pantera, Ryś, itp. On słucha, słucha, wreszcie mówi wściekły:
- Nazwiska!!!
- U nas nie było nazwisk, nie znam żadnego. Tylko pseudonimy.
Na tym się skończyło.
W celi docisnąłem się do Janka, zaczęliśmy rozmawiać. Jego przesłuchanie wyglądało tak jak i moje. On też był na liście Franka i też nikogo więcej nie zdradził. W nocy poprowadzili całą naszą grupę, na oko ze sto osób, pod bagnetami, ulicą Kalwaryjską, przez most na Wilii, tzw. Zielony, na ulicę Mickiewicza róg Ofiarnej do gmachu przedwojennego sądu, zajmowanego teraz [do 1991 r. - przyp. red.] przez KGB (odpowiednik naszego UB). W czasie okupacji niemieckiej urzędowało w nim Gestapo. Warto nadmienić, że tego rodzaju operacje, jak wodzenie aresztantów po mieście odbywało się zawsze ciemną nocą, by nikt tego nie widział. Znowu rewizja i do celi. Janek, niestety, trafił do innej niż ja. A cele znajdowały się w podziemiach tego gmachu. Przypuszczam, że niektóre przynajmniej, służyły przed wojną sądowi jako pomieszczenia biurowe (archiwa?) podłogi były bowiem drewniane (ważne, bo się na nich spało), dość czyste, no i znajdowały się tam piece. Zimne, ale szybko robiło się nam ciepło od stłoczonych ciał.
Spaliśmy wprost na podłodze, buty pod głową, płaszcz jako kołdra. Jedzenie okropne, ledwie można było przeżyć: rano 1/4 kg chleba - porcja na cały dzień i jakiś płyn brunatny: kawa? herbata? Nie wiadomo. Na obiad około 3/4 l rzadkiej, bez grama mięsa i tłuszczu zupy z kapustą, lub trzema krupkami. To samo na kolację. Można było jednak dostawać od rodziny paczki. Ja otrzymałem jedną. Ale większość moich współtowarzyszy niedoli pochodziła ze wsi i ci nic nie dostawali. Zdarzyło się raz, że pewien chłopak otrzymał w paczce pudełko konserw. Czym otworzyć? Wszystkie, najdrobniejsze nawet rzeczy z żelaza i ze szkła odbierano. Wziął się za to jeden silny młodzik ze wsi. Ogryzał, ogryzał rant puszki, aż otworzył (!) nie łamiąc przy tym ani jednego zęba.
Istniało niepisane, a nawet niemówione prawo, by dzielić się otrzymaną żywnością. Można było zatrzymać sobie większość, ale każdego współwięźnia należało uhonorować poczęstunkiem. Właśnie uhonorować. Trzeba było tam być, by zrozumieć owe nowo powstające w niewoli odczucia i relacje międzyludzkie. Każdy czuł potrzebę realizacji, że się tak wyrażę, „równouprawnienia w nieszczęściu", pragnął, by go dostrzeżono i traktowano z szacunkiem należnym jego niedoli i na równi z innymi członkami wspólnoty. Jeśliby ktoś złamał to święte prawo, marny jego los, patrzyłoby się na niego, jak na wilka, nawet gdyby to był nowo przybyły nie znający jeszcze obyczajów. Ale każdy szybko się orientował i, co ciekawe, natychmiast przejmował te same nastroje, oraz przyswajał sobie ów moralny kodeks w pełni go akceptując. Nie znaczy to jednak, by można było o wszystkim głośno rozmawiać. Tego też momentalnie się uczono. Wszędzie mogła być „wtyczka", tj. prowokator doskonale udający ściganego przez władze NKWD polskiego konspiratora. Więc nie tylko nikt nikogo o nic nie pytał, ale jeszcze uciszano, gdy ktoś za dużo paplał. Poza tym nie wolno było obarczać innych niebezpieczną wiedzą, tak dla dobra zwierzającego się, jak i słuchacza. Należało trochę o sobie opowiedzieć, ale tyle tylko, ile trzeba - na wyczucie. Zupełny milczek mógłby się wydać podejrzany, albo gardzący wspólnotą, co też nie było dobre.

cdn.

KADRY AMG

Stopień doktora habilitowanego otrzymała dr hab. farm. Małgorzata Sznitowska Na stanowisko adiunkta awansowali:
- dr farm. Maria Łuczkiewicz
- dr med. Marcin Orłowski
- dr med. Tomasz Smiatacz

Jubileusz długoletniej pracy w AMG obchodzą:

Z Uczelni odeszła
mgr Aniela Kamińska

KADRY PSK 1

Konkurs na pielęgniarki oddziałowe wygrały:

  1. Renata Latała - I Klinika Chirurgii
  2. Alicja Mockałło-Baranowska - Oddział Chirurgiczny Obserwacyjno-Diagnostyczny (Blok Operacyjny)
  3. Barbara Borowska - Klinika Pediatrii Oddział Hematologiczno-Onkologiczny
  4. Helena Juszczak - Klinika Nefrologii Dziecięcej
  5. Maria Czerniawska - Izba Przyjęć - Klinika Pediatrii
  6. Danuta Szymańczyk - Oddział Endokrynologii Dziecięcej
  7. Zofia Hamadyk - Klinika Onkologii i Radioterapii
  8. Danuta Jóźwiak - Klinika Gastroenterologii
  9. Elżbieta Łamaszewska - Klinika Gruźlicy i Chorób Płuc
Jubileusz długoletniej pracy w PSK nr 1 obchodzą: