strona główna > uczelnia > gazeta AMG > maj 2005 > Kartki ze wspomnień starego profesora. Kartka czterdziesta druga

Gazeta AMG

WERSJA ASCII Spis treści maj 2005


Kartki ze wspomnień starego profesora. Kartka czterdziesta druga

prof. Stefan Kryński

Patologię ogólną i doświadczalną prowadził profesor Ignacy Hoffman, swego czasu profesor interny w Kijowie. Należał wraz z profesorem Kapuścińskim do najbliższych popleczników profesora Wrzoska. Ich triumwirat przeciwstawiał się triumwiratowi Goroszkiewicz-Kurkiewicz-Różycki. Ze śladami po ospie na twarzy i siodełkowatym nosem, którego kość została zniszczona procesem ropnym mówił z kijowskim akcentem. Wykłady były bardzo konkretne i znać, że mówił de facto profesor interny. Część ogólna szybko została omówiona i wiele czasu poświęcał poszczególnym ważnym jednostkom klinicznym. Studenci na podstawie wykładów opracowali bardzo dobry skrypt, z którego można było się przygotować do egzaminu. Ze względu, że godziny wykładów z patologii kolidowały z moją pracą w lecznicy, stosunkowo rzadko bywałem na nich.

Całkowitym niewypałem były wykłady i zajęcia praktyczne u profesora Henryka Lubienieckiego, kierownika Kliniki Diagnostyki i Terapii Ogólnej Chorób Wewnętrznych. Profesor Lubieniecki, chyba też wychowanek uczelni kijowskiej, przez parę lat wykładał farmakologię, a potem przerzucił się na diagnostykę internistyczną. Uczęszczanie na jego wykłady stanowiło absolutną stratę czasu. Do zajęć praktycznych nie miał własnej kliniki, tylko korzystał z oddziału wewnętrznego Szpitala Okręgowego i pozostawał na łasce docenta pułkownika dr. Teofila Kucharskiego, najpierw ordynatora tego oddziału, a potem komendanta szpitala. Ordynatorem po nim został dr Linke. Docent Kucharski prowadził z nami dział laboratoryjny i wykładał dietetykę. Z nielicznych zajęć z pacjentami nie wynosiliśmy żadnych dla siebie korzyści. Profesor Lubieniecki miał obsesję na infekcję. Panicznie się bał zakażenia się. Przy gorszej pogodzie chodził owinięty w szaliki. Wyprowadzał go z równowagi kaszel lub katar u słuchaczy. Ta jego obsesja omal nie doprowadziła go kiedyś do katastrofy. W czasie okupacji przez pewien czas mieszkał na wsi. Miał zwyczaj, że on i cała jego rodzina talerze i inne naczynia przed użyciem opalali nad ogniem. Na wsi nie było gazu, więc tę czynność uskuteczniali nad świecami. Sąsiedzi widzieli to przez okno i doszli do wniosku, że są jakieś czary i postanowili załatwić tych czarowników mogących sprowadzić nieszczęście na wieś. Doszło to do proboszcza, który poradził Lubienieckim natychmiast opuścić wieś, a na przyszłość przy opalaniu nad świecami zasłaniać okna.

Wykłady z chirurgii ogólnej i pomocy w nagłych wypadkach prowadził ordynator oddziału chirurgicznego Szpitala Miejskiego, docent, a potem profesor tytularny Kazimierz Nowakowski. Były dobrze prowadzone, a dla mnie przydatne ze względu na moją pracę w lecznicy.

Profesor Stefan Różycki miał na II roku wykłady z anatomii topograficznej. Była to fikcja. Z naszego roku nikt nie uczęszczał na nie, a audytorium niezbyt liczne składało się ze studentów II roku.

Otwartą sprawę na naszym roku stanowiły wykłady z farmakologii. Profesor Antoni Trzecieski, dotychczasowy kierownik Katedry Farmakologii i Toksykologii, przeszedł na emeryturę z dniem
1 października 1934 roku. Początkowo mówiono, że wykłady i egzaminy z tego przedmiotu obejmie profesor Zbyszewski. Jednak przez pierwszy trymestr prowadził je jako prace zlecone nadal profesor Trzecieski. Była to jedna z najbarwniejszych postaci na naszym wydziale. Urodzony w 1867 roku spędził w Kijowie aż 55 lat swego życia. W 1885 roku, mając zaledwie 18 lat, wstąpił - co w carskiej Rosji należało do rzadkości - na wyższe studia na wydział lekarski Uniwersytetu św. Włodzimierza, który ukończył w 1898 roku. Habilitował się 4 lata potem w zakresie chorób wewnętrznych. W 1908 roku został profesorem w Żeńskim Instytucie Medycznym, a w roku następnym powołano go na katedrę farmakologii w Uniwersytecie św. Włodzimierza. Stanowiło to przedziwne wydarzenie: internista na Katedrze Farmakologii, która nie była jego specjalnością, przy tym Polak i katolik przy antypolskiej i wrogiej katolicyzmowi polityce carskiej. W 1918 roku został profesorem Ukraińskiego Państwowego Uniwersytetu. Do Poznania przyjechał w 1922 roku. Najpierw zaczepił się przy Katedrze Fizjologii, a potem po Lubienieckim został farmakologiem. Naukowa działalność Trzecieskiego była nikła. Dziś nie dochrapałby się nawet adiunkta. Ogłosił zaledwie 8 publikacji i to chyba nie najwyższego lotu. Miał asystenta dr. Romana Leszczyńskiego, którego podobno popierał, ale porozumiewał się z nim listami, które doręczał woźny zakładowy. On to nam o tym mówił. Gdzieś w listopadzie czy też w grudniu 1934 roku odbyła się habilitacja Leszczyńskiego. Wykładał dość treściwie, ale ogólną wesołość wywoływał jego język będący skrzyżowaniem polskiego, rosyjskiego i ukraińskiego. Sławne stało się zdanie: "Dajemy pacjentu jedna szpryc morfiuma i pacjent widzi amorosne widoki i urocze landszafty". Egzamin u niego stanowił swego rodzaju drogę krzyżową. Odstawiał wielokrotnie za niewielkie pomyłki. Największe niebezpieczeństwo stanowiły recepty. Odstawiał z zasady, więc studenci zaczynali zdawać jeszcze w trakcie uczenia się, by odbyć tych kilka powtórek nie tracąc czasu. Wykłady wówczas cieszyły się znaczną frekwencją. Nasz rok był reprezentowany nielicznie, co chyba sprawiało mu przykrość. Podobno na początku swej pracy w Poznaniu bardzo niedbale się ubierał. Doszło aż do interwencji dziekana. Długo był kawalerem mieszkając ze swą gosposią, którą przywiózł z Kijowa. Mając 60 lat spłodził z nią dziecko. Gdy była już w ciąży, ożenił się z nią. Zmarła w czasie połogu i ten wiekowy człowiek, bardzo już postarzały został z małym synkiem, którym sam się opiekował. W 1939 roku wyjechał z nim do Zakopanego i tam zastała go wojna. Zmarł w tej miejscowości w czasie okupacji.

Również w jesieni 1934 roku habilitował się dr Wojciech Węsław. W pierwszym trymestrze zostały mu powierzone wykłady z endokrynologii. Docent Węsław, jako nauczyciel akademicki, znacznie odbiegał od ówczesnego stylu profesorskiego. Bardzo zdolny naukowiec, autor wielce interesującej i wartościowej rozprawy habilitacyjnej, jeden z wówczas rzadko posiadających znajomość języka angielskiego, obdarzony wyobraźnią i inicjatywą twórczą, okazał się również świetnym wykładowcą. Mówił żywo i interesująco, wykład przeplatał dowcipnymi dygresjami, które rozładowywały znużenie. Umiał doskonale nawiązać kontakt z audytorium. Był jednak przy tym konkretny i nie lał wody. Szokował piciem kawy w trakcie wykładu i paleniem papierosów. Nic dziwnego, że ten nadobowiązkowy wykład cieszył się maksymalną frekwencją. Muszę się tu przyznać, że właśnie Węsław stał się dla mnie wzorcem sposobu prowadzenia wykładu, oczywiście bez picia kawy i palenia papierosów. I ten tak uzdolniony naukowiec i doskonały wykładowca, czego się często nie spotyka, zakończył życie tragiczną, samobójczą śmiercią, zaszczuty przez wytrawnych intrygantów. Bliżej o tym wspomnę przy omawianiu anatomii patologicznej.

Skład roku naszego powoli się kształtował. Niektórzy koledzy przenieśli się na inne uczelnie, między innymi "pilne panny", Poradowska i Obarówna, jak również sympatyczna koleżanka Paderewska i Andrzej Szafnicki, niefortunny adorator Heli Chaneckiej, dla której z powodu nieodwzajemnionej miłości przeciął sobie żyły. Uratowany, bezpośrednio z pogotowia ratunkowego poszedł do kina. Zginął na początku powstania warszawskiego. Ostatecznie było nas 153 osoby, w tym 50 pań. Egzaminy trwały niemal do połowy listopada. Hala Hochlingerówna miała poważne kłopoty z chemią fizjologiczną. Lutka Kałużewska anatomię zdała dopiero 8 listopada.

Od lewej: Kośmicki, Kostecka, Kryński
Od lewej: Kośmicki, Kostecka, Kryński
Ożywiły się moje kontakty z kolegami. Najczęstszym gościem był teraz Józio Kośmicki, chyba mój najbliższy kolega, prawie jak brat. Rodzice bardzo go lubili, a on także darzył ich sympatią, zwłaszcza moją matkę. Był to chłopak pogodny, zawsze z uśmiechem szczerym i życzliwym na twarzy, z rozwichrzoną czupryną. Zdolny, szybko się uczył, umiał zdawać egzaminy, ale nie miał tendencji do przepracowywania się. Bardzo aktywny katolik należał do kręgu księdza Żychlińskiego, osobistości bardzo wpływowej w środowisku kościelnym. Ojciec jego pracował jako gorzelany w jakimś majątku w okolicach Wągrowca. Nie znałem go. Matkę raz spotkałem u Józia na stancji. Był, tak jak ja, jedynakiem. Kochał się beznadziejnie w jakiejś pannie ze sfer ziemiańskich. W ówczesnej sytuacji narzeczeństwo nie wchodziło w ogóle w rachubę. Panna nim się trochę bawiła, co działało na niego deprymująco. Była koleżanką córki profesora Jezierskiego, co utorowało po studiach drogę Józiowi do Kliniki Chorób Wewnętrznych. Niestety, tragiczna śmierć wszystko przekreśliła. Według informacji jego kuzyna, Jerzego Ruge, który pracował jakiś czas w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej, Józio miał pod koniec 1939 roku przekraczać południową granicę i został aresztowany przez Niemców. Katowany w więzieniu w którymś z małopolskich miast został w końcu rozstrzelany. Do przedzierania się na zachód podobno go skłoniły liczne w rodzinie przejścia do narodowości niemieckiej oraz fakt, że nie uczestniczył w kampanii wrześniowej. Rodzice wojnę przeżyli i mieszkali w Poznaniu oczekując na powrót syna. Rodzina już wiedziała, ale nie miała odwagi poinformować o tym rodziców. W mojej pamięci pozostał jako ktoś bardzo drogi i bliski memu sercu, o którym nigdy nie zapomniałem.

Przez Józia zbliżyłem się z zaprzyjaźnionym z nim Tadziem Gorzkowskim. Był to niezwykle prawy i porządny chłopak, ale przy tym nieco śmieszny. Szczuplutki, ciemnowłosy, w okularach, z lekko na bok pochyloną głową chodził albo raczej biegał truchcikiem, drobniutkimi kroczkami. Bardzo pilny i pracowity, poważny, o stosunkowo słabym kontakcie z otoczeniem miał tendencje do samotnictwa, ale jeśli kogoś polubił, był bardzo wierny w przyjaźni. Początkowo nasze kontakty były luźne. Potem stały się bliższe i Tadzio stał się częstym gościem. Zawarta z nim przyjaźń okazała się trwała. Tadzio lubił też bardzo Jasia Jakubka, którego zastaliśmy na II roku.

Nadal często odwiedzał mnie Bronek Trzaska, natomiast ze Zbyszkiem Laprusem po jego przeprowadzeniu się do akademika stosunki się rozluźniły i przestał mnie odwiedzać. Bardzo bliskie kontakty miałem z Teodorem Borówką, który często do mnie wpadał. On przyjaźnił się z Jurkiem Jachacym, którego ja również polubiłem. Pochodził z Istebnej. Był nieco starszy od nas. Miał już odbytą służbę wojskową. Mniej lubiłem dwóch pozostałych kumpli Teodora, Stanisława Jacha i Romka Wybieralskiego. Mamy gośćmi były Lutka Kałużewska i Hala Hochlingerówna, darząca ją dużym zaufaniem.

Nasza działalność pedagogiczna na higienie rozpoczęła się 29 października. Każdy z nas miał swą specjalność ćwiczeniową. Kolokwium zdawaliśmy oczywiście u doktora Witaszka.

Ćwiczenia z mikrobiologii rozpocząłem 17 listopada. Do mikroskopu było po 5 osób. Ja ćwiczyłem z Helą Chanecką, jej chłopakiem, jak to się dziś mówi, Wojtkiem (Witold) Gadomskim, Bertoldem Henke i Jerzym Pawlakiem. Nad całością wynoszącą około 75 osób (połowa roku) czuwał jeden asystent. U nas była pani docent Eugenia Piasecka-Zeylandowa, która została adiunktem po odejściu docenta Jana Adamskiego do Katowic na kierownictwo tamtejszej filii PZH. Docent Zeylandowa była córką profesora Piaseckiego, kierownika Katedry Higieny Szkolnej i dyrektora Studium Wychowania Fizycznego, a siostrą przedwojennego przywódcy faszyzującej Falangi, a po wojnie organizatora PAX, katolika kolaborującego z komunistami w okresie bierutowskim. Pikantnym szczegółem w życiorysie tego pana antysemity prohitlerowskiego było żydowskie pochodzenie jego matki. Może to go zrobiło potem prostalinowskim. Docent Zeylandowa wraz z mężem prowadziła badania nad gruźlicą. W zakładzie i wśród studentów miała opinię jędzy. Ja nie mogę na nią narzekać. Chanecka zamiast pracować flirtowała z Gadomskim, a Henke też gdzieś znikał i zjawiał się dopiero na zaliczenie. W rezultacie cała robota spadała na Pawlaka i na mnie. W gruncie rzeczy byliśmy z tego zadowoleni. Jerzy pochodził z Łodzi. Był to chłopak o dużej inteligencji i pracowity. W czasie jego studiów rodzina gwałtownie zbiedniała (czasy kryzysu) i Jerzy znalazł się w wyjątkowej sytuacji. Po prostu, jak się potem okazało, głodował. Był zbyt ambitny, by się do tego przyznać. Rezultaty nie dały długo na siebie czekać. W zimie zachorował na gruźlicę. Początkowo leżał w szpitalu w Poznaniu, potem skierowano go do sanatorium do Zakopanego. Choroba robiła gwałtowne postępy. Zmarł i został pochowany w Zakopanem. Było mi go bardzo żal. Miałem z nim krótkotrwały kontakt, ale zdążyłem ocenić jego wartość jako człowieka i studenta. Przed wojną zawsze będąc w Zakopanem chodziłem na jego grób. Odszukałem go również po wojnie.







Redakcja Gazety AMGStrony realizowane w systemie CMS ReMedium

Strona główna | Aktualności | Gazeta AMG | Uczelnia | Biblioteka | Studia
Informator AMG | Internet | Obsługa informatyczna | Kontakt
<< Wstecz Copyright © Akademia Medyczna w Gdańsku 1996 - 2003.